
reżyseria:
obsada:
| | Otilia |
| | Gabita |
| | Bebe |
| | Adi |
moja ocena: 3,5/6
'4 tygodnie, 3 miesiące, 2 dni' miało mówić o aborcji i to w dodatku ponadprzeciętnie (Złota Palma w Cannes, wiele tytułów filmu roku 2007). Wyszedł film, którego akcja, owszem toczy się wokół wątku aborcyjnego, ale ponad przeciętność zdecydowanie się nie wybija. Ośmielę się nawet stwierdzić, że to całe pianie z zachwytu nad tą rumuńską produkcją spowodowane jest tylko i wyłącznie odwagą, bo w sumie temat aborcji nie należy do najpopularniejszych w kinie. Jednak, jeśli zapomnimy czym film miał być i spojrzymy tylko na to czym jest, możemy poczuć się po seansie tak, jak po obejrzeniu dobrego filmu.
Wszystko to za sprawą głównej bohaterki. To właśnie jej postać ratuje film i wznosi go o poziom wyżej. Dodam tylko, że pod pojęciem głównej bohaterki nie mam na myśli tej dziewczyny, która jest w ciąży, a jej przyjaciółkę. Bo gdy Gabita decyduje się na aborcję nie udaje jej się załatwić niczego jak należy. To jej przyjaciółka - Otilia - organizuje pieniądze, załatwia hotel, spotyka się z mężczyzną który ma dokonać aborcji, a gdy opłata okazuje się niewystarczająca decyduje się zapłacić za aborcję swoim ciałem. Poświęcenie budzące prawdziwy szacunek, postawa godna prawdziwej przyjaciółki.
To właśnie przyjaźń była dla mnie tematem numer jeden w tym filmie. Rumuński reżyser i scenarzysta - Cristian Mungiu - nie wiem czy celowo, czy nie znakomicie sportretował relację jaka może łączyć dwójkę ludzi. Nie pokazał przyjaźni tak, jak to miało miejsce chociażby w filmie o podobnej tematyce - 'Juno', gdzie sprowadzała się ona głównie do w miarę rozsądnych rad dwóch nastolatek. Tu przyjaźń zostaje wyniesiona na wyższy stopień, jeśli trzeba Otillia może poświęcić się dla Gabity. Robi wszystko co może, by pomóc swojej współlokatorce, jednak w zamian nie otrzymuje praktycznie nic. Musi radzić sobie sama z problemem swojej przyjaciółki. Nie znajdzie w Gabicie wsparcia. Nie znajdzie go też u swojego chłopaka, chociaż on przynajmniej się stara. Na nic to się jednak zdaje, gdyż to przyjaźń zdaje się być priorytetem w życiu Otilli. Przyjaźń bezinteresowna, szczera i prawdziwa. Co do tego nie mam żadnych wątpliwości.
Nie mogę ich mieć, ponieważ nie pozwala mi na to scenariusz, w którym zadbano o każdy detal, jeśli chodzi o zachowanie się poszczególnych postaci. Co więcej znaleziono rewelacyjnych aktorów, którzy zagrali tak, jakby... nie grali. Oszczędna pod każdym względem gra wspaniale oddaje klimat filmu, a występ Anamarii Marincy (Otillia) jest po prostu mistrzowski. Kapitanie oddała emocje, jakie towarzyszyły Otilli, dzięki niej jej dramat staje się też naszym dramatem.
W tej całej ponurości, jaką zalewa nas '4 tygodnie, 3 miesiące, 2 dni' wyróżniają się też zdjęcia, oddające bardzo dobrze szarą rzeczywistość komuny. Nie jest to co prawda czas, z którego mógłbym cokolwiek pamiętać, jednak trudno nie wiedzieć, przynajmniej ze słyszenia, jak wtedy było. I powiem szczerze, że właśnie taką ponurą wizję jaką zaserwowano mi w tym rumuńskim filmie miałem wcześniej przed oczami.
Pomimo tych wszystkich zalet, jest coś co nie pozwala mi ocenić tego filmu wyżej. Bo przecież to dzieło o aborcji, temacie drażliwym, aczkolwiek wymagającym głębszego poruszenia. A tu mimo, że jest to główny wątek zostaje przyćmiona innymi sprawami. Szkoda, bo po filmie, który zdobywa tak wiele, tak ważnych nagród można by oczekiwać czegoś przełomowego, czegoś nowego. A tak dostajemy informację w stylu 'aborcja nie jest prostym i jednoznacznym zagadnieniem.'. Tyle to i ja wiedziałem, bez oglądania '4 miesięcy...'. No ale na pocieszenie zostaje kilka mądrzejszych obrazów przyjaźni. I to jest właśnie siła rumuńskiego laureata Złotej Palmy 2007.
Wszystko to za sprawą głównej bohaterki. To właśnie jej postać ratuje film i wznosi go o poziom wyżej. Dodam tylko, że pod pojęciem głównej bohaterki nie mam na myśli tej dziewczyny, która jest w ciąży, a jej przyjaciółkę. Bo gdy Gabita decyduje się na aborcję nie udaje jej się załatwić niczego jak należy. To jej przyjaciółka - Otilia - organizuje pieniądze, załatwia hotel, spotyka się z mężczyzną który ma dokonać aborcji, a gdy opłata okazuje się niewystarczająca decyduje się zapłacić za aborcję swoim ciałem. Poświęcenie budzące prawdziwy szacunek, postawa godna prawdziwej przyjaciółki.
To właśnie przyjaźń była dla mnie tematem numer jeden w tym filmie. Rumuński reżyser i scenarzysta - Cristian Mungiu - nie wiem czy celowo, czy nie znakomicie sportretował relację jaka może łączyć dwójkę ludzi. Nie pokazał przyjaźni tak, jak to miało miejsce chociażby w filmie o podobnej tematyce - 'Juno', gdzie sprowadzała się ona głównie do w miarę rozsądnych rad dwóch nastolatek. Tu przyjaźń zostaje wyniesiona na wyższy stopień, jeśli trzeba Otillia może poświęcić się dla Gabity. Robi wszystko co może, by pomóc swojej współlokatorce, jednak w zamian nie otrzymuje praktycznie nic. Musi radzić sobie sama z problemem swojej przyjaciółki. Nie znajdzie w Gabicie wsparcia. Nie znajdzie go też u swojego chłopaka, chociaż on przynajmniej się stara. Na nic to się jednak zdaje, gdyż to przyjaźń zdaje się być priorytetem w życiu Otilli. Przyjaźń bezinteresowna, szczera i prawdziwa. Co do tego nie mam żadnych wątpliwości.
Nie mogę ich mieć, ponieważ nie pozwala mi na to scenariusz, w którym zadbano o każdy detal, jeśli chodzi o zachowanie się poszczególnych postaci. Co więcej znaleziono rewelacyjnych aktorów, którzy zagrali tak, jakby... nie grali. Oszczędna pod każdym względem gra wspaniale oddaje klimat filmu, a występ Anamarii Marincy (Otillia) jest po prostu mistrzowski. Kapitanie oddała emocje, jakie towarzyszyły Otilli, dzięki niej jej dramat staje się też naszym dramatem.
W tej całej ponurości, jaką zalewa nas '4 tygodnie, 3 miesiące, 2 dni' wyróżniają się też zdjęcia, oddające bardzo dobrze szarą rzeczywistość komuny. Nie jest to co prawda czas, z którego mógłbym cokolwiek pamiętać, jednak trudno nie wiedzieć, przynajmniej ze słyszenia, jak wtedy było. I powiem szczerze, że właśnie taką ponurą wizję jaką zaserwowano mi w tym rumuńskim filmie miałem wcześniej przed oczami.
Pomimo tych wszystkich zalet, jest coś co nie pozwala mi ocenić tego filmu wyżej. Bo przecież to dzieło o aborcji, temacie drażliwym, aczkolwiek wymagającym głębszego poruszenia. A tu mimo, że jest to główny wątek zostaje przyćmiona innymi sprawami. Szkoda, bo po filmie, który zdobywa tak wiele, tak ważnych nagród można by oczekiwać czegoś przełomowego, czegoś nowego. A tak dostajemy informację w stylu 'aborcja nie jest prostym i jednoznacznym zagadnieniem.'. Tyle to i ja wiedziałem, bez oglądania '4 miesięcy...'. No ale na pocieszenie zostaje kilka mądrzejszych obrazów przyjaźni. I to jest właśnie siła rumuńskiego laureata Złotej Palmy 2007.