Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Josh Brolin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Josh Brolin. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 czerwca 2009

Po Nocy Kina vol. 5

Na ogół, po każdej Nocy Kina dzieliłem się wrażeniami na temat minimum jednego obejrzanego tam filmu w formie recenzji. Tym razem zbiorczo, krótkie opinie o wszystkich trzech, które udało mi się zobaczyć. Ale najpierw kilka słów o imprezie ogółem.
Generalnie wszystko było zorganizowane ładnie i sprawne. Dziwi mnie tylko, że w jednym Multikinie (Stary Browar) plecak musiałem oddać do depozytu, a w drugim (51) nie. Trochę bezsensu sprawa, bo o ile ktoś nie chce wnosić alkoholu, to z innymi napojami wspierającymi przetrwanie móc wejść powinien. W porównaniu do poprzednich edycji nic mnie raczej nie zirytowało, co bez wątpienia jest plusem. Mimo, że jakaś muzyka na korytarzu w Starym Browarze leciała, to nie zakłócała seansu, jak to bywało w przeszłości, a i ludzie sprawiali wrażenie bardziej cywilizowanych. Chociaż motywu ze sprzedawaniem piwa (chyba bezalkoholowego, ale jednak) w kinie nie zczaję nigdy. Co mnie jeszcze cieszy, to że wytrwałem (prawie) całą noc, mimo nie sprzyjających okoliczności dni poprzednich. A teraz meritum:

Obywatel Milk - moja ocena 4,5/6 - Najlepszy film jaki widziałem minionej nocy. Chociaż szału nie ma, to jednak obejrzeć było warto. Można powiedzieć, że to taki ciąg dalszy (poprzednio oglądałem 'Frost/Nixon') poznawania historii Ameryki oczami filmowców. I zastanawiam się, czy w Polsce nie ma bohaterów, których można by zaprezentować w filmie nie tworząc przesiąkniętego patosem badziewia? Wracając do samego Milka, uwagę zwracało rewelacyjne aktorstwo. I to nie tylko oscarowy Sean Penn zachwycił, ale także Josh Brolin i Emilie Hirsch.

Tajne przez poufne - moja ocena 4/6 - Moje kolejne spotkanie z braćmi Coen, których uważam za najbardziej przereklamowane zjawisko hollywodzkie. Swojego zdania nie zmieniłem. Piać z zachwytu nie będę, bo nie tarzałem się ze śmiechu przez cały film. Tylko momentami, ale za to szczerze. Główna tu zasługa Johna Malkovica i Brada Pitta, którzy to byli prowodyrami większości zabawnych sytuacji. Co jeszcze do mnie dotarło przy okazji tego filmu? Że Tilda Swilton potrafi grać tylko wyrachowane bure suki. W innej roli jej jeszcze nie widziałem. Wychodzi na to, że to jedna z tych aktorek, które grają siebie (pozdrowienia dla Niki ;) ). I jeszcze jeden minus 'Tajnych...' - aktorzy tam grający nie stali się w moich oczach swoimi bohaterami, tylko pozostali aktorami. Chociaż wiem, że częściowo siebie parodiowali.

Gomorra - moja ocena 2/6 - To była totalna pomyłka. Przed połową filmu wyszła jakaś 1/4 sali. W tym ja. Na ogół oglądam filmy do końca, a jak nie to ich nie oceniam. Tu czynię wyjątek, a to dlatego że mam wrażenie, że rozumiem co autor miał na myśli, tylko totalnie to do mnie nie trafia. Miała być mafia taka jaka jest, bez kolorowania i ok, wyszło. Tylko nie rozumiem dlaczego zabrakło jakichś interesujących historii. Nie widzę powodu, dla którego miałbym oglądać przez ponad 2 godziny coś, co totalnie nie potrafi zainteresować. O wiele ciekawsze jest już polskie dresiarstwo (chociaż poziom intelektualny podobny).

Ponieważ pora jest dość wczesna, spałem jakieś 3 h, tak więc składnia czy coś może trochę kuleć. Liczę na zrozumienie ;)

środa, 19 marca 2008

To nie jest kraj dla starych ludzi

Znowu przez dłuższy czas nic nie pisałem. Powodów było kilka, ale nie są one zbyt istotne. Ważne jest, że macie kolejną recenzję, znowu film na czasie - oscarowy "To nie jest kraj dla starych ludzi". A ta recenzja, jak zobaczycie jest trochę 'inna niż inne' ;) Liczę na Wasze komentarze.

tytuł oryginalny:
No Country for Old Men
gatunek:
dramat
reżyseria:
Joel Coen, Ethan Coen
scenariusz:
Joel Coen, Ethan Coen
zdjęcia:
Roger Deakins
muzyka:
Carter Burwell
obsada:
Tommy Lee Jones Tommy Lee Jones Bell
Josh Brolin Josh Brolin Moss
Javier Bardem Javier Bardem Chigurh
Kelly MacDonald Kelly MacDonald Carla Jean
od lat: 16
czas trwania: 122 minuty
cena DVD: 36,99 zł
moja ocena: 4/6


Najnowszy film Coenów był bez wątpienia największym wygranym tegorocznej gali oscarowej. 8 nominacji, z których 4 zamieniły się w statuetki. Czy potrzeba komuś lepszej rekomendacji? Jeśli tak, to ode mnie jej nie otrzyma. "To nie jest kraj dla starych ludzi" obejrzeć warto, jednak zachwycać się nim niekoniecznie trzeba. Dla mnie był to kawał solidnie zrobionego kina, ale do arcydzieła mu daleko. Skąd więc takie dobre przyjęcie przez Amerykańską Akademię Filmową? Popatrzmy może na każdą nagrodę i nominację z osobna:

Najlepszy scenariusz adaptowany. Trudno mi tu ocenić, jak bardzo "To nie jest kraj dla starych ludzi" na nagrodę w tej kategorii zasługiwał. Cała historia powstała na podstawie powieści Cormaca McCarthy'ego o tym samym tytule. Opowieść rozpisana jest w zasadzie na trzy postacie: Moss (Josh Brolin), podczas polowania natrafia na miejsce nieudanej transakcji narkotykowej. Znajduje kilkanaście trupów, trochę heroiny oraz 2 miliony dolarów. Postanawia wziąć sobie pieniądze, wie jednak, że źli ludzie łatwo o nich nie zapomną. I tu pojawia się kolejna postać - morderca Chigurh (Javier Bardem), który po trupach będzie próbował dojść do celu jakim jest odzyskanie pieniędzy. Jego tropem będzie z kolei podążał tytułowy stary człowiek, czyli szeryf Bell (Tommy Lee Johnes). Jak dla mnie scenariusz nie jest na tyle porywający, by przyznawać mu Oscara. Z drugiej strony, fatalny jednak też nie był, a że pozostałych nominowanych w tej kategorii widziałem tylko "Pokutę", to słuszności decyzji Akademii nie neguję. Może faktycznie inne scenariusze były gorsze ("Pokuty" był minimalnie).

Najlepszy aktor drugoplanowy. Tu nie mogło być inaczej. To co Javier Bardem zrobił ze swoją postacią wzbudza szczery zachwyt - lepiej mordercy wyobrazić sobie nie można. Cichy, wyrachowany, trochę jakby z innego świata. Nie każdy potrafiłby to tak zagrać. W moim odczuciu przyćmił on pozostałych aktorów do tego stopnia, że w pewnym momencie zamiast kibicować tym dobrym, zacząłem być po stronie Chgurha. Jego postać była zdecydowanie najbardziej wiarygodna. Swoistego uroku dodają mu również bronie jakimi się posługuje - shotgun z tłumikiem oraz urządzenie do zabijania bydła. W przeciętnych filmach nie spotykane, a szkoda, bo sieczkę potrafią zrobić po cichu i efektownie.

Najlepszy reżyser. Podobnie jak w poprzedniej kategorii, tu też jestem w stanie się zgodzić ze słusznością nagrody. Coenowie odwalili kawał dobrej roboty. Od strony technicznej filmowi nie ma czego zarzucić, wszystko jest perfekcyjnie zaplanowane. Co prawda ta perfekcyjność działa trochę na niekorzyść obrazu (taki delikatny przerost formy nad treścią) ale to mało istotne. Bo obok tego przerostu oddaje też kapitalnie klimat filmu.

Najlepsze zdjęcia. Nie było tu Oscara. Może i słusznie, może nie. Wypowiadać chyba się za bardzo nie powinienem, bo podobnie jak przy okazji scenariusza - poza "Pokutą" konkurentów nie widziałem. Faktem jest, że zdjęcia były bardzo dobre. Ich autor, Roger Deakins, odwalił kawał solidnej roboty. Kiedy trzeba było zwracał umiejętnie naszą uwagę na szczegóły, które normalnie by nam umknęły i za to jeden duży plus. Kolejny należy mu się za sposób, w jaki ukazał Teksas. Nie widziałem nigdy tego stanu na żywo, ale nie ma innej możliwości, on musi wyglądać tak, jak w "To nie jest kraj dla starych ludzi". I nie ma znaczenia, że akcja filmu rozgrywa się jakieś 18 lat temu. Teksas to Teksas i jeśli miał bym go sobie jakoś wyobrazić, to tak, jak został ukazany w filmie Coenów.

Najlepszy montaż. Kolejna nominacja, tylko że tym razem nie mam zielonego pojęcia za co... Nie widziałem tutaj nic, co wyróżniało by ten film pod względem zmontowania od całej masy innych produkcji rodem z Hollywood i nie tylko. Brak statuetki nie jest tu żadnym zaskoczeniem. Przynajmniej dla mnie.

Najlepszy dźwięk. Tutaj też nie bardzo rozumiem skąd nominacja. Wszystkie odgłosy, owszem brzmiały dobrze, szczególnie te wydawane przez wspomniane wcześniej bronie Chigurha . Ale bez przesady, żeby się nimi zachwycać i nominować do najważniejszej nagrody w branży filmowej? 100 razy lepsze dźwięki były w "Pokucie", a ta nawet nominacji nie zgarnęła :|

Najlepszy montaż dźwięku. Kosmiczna kategoria, ośmielę się powiedzieć, że bardzo mało istotna. A że moja wiedza w tej dziedzinie jest praktycznie żadna, to nie będę się tu wypowiadał. Chociaż coś mi mówi, że w "Pokucie" ten montaż też wypadł lepiej.

I na koniec najważniejsze - Oscar za najlepszy film. Niby wszystko pasuje, więcej jest tam zalet niż wad. Niby w najważniejszych kategoriach wszystko zadziałało. Ale jednak całość pozostawia pewien niedosyt. Nie zawsze jest tak, że z pięknych kwiatów wyjdzie ładny bukiet. Tak jest też w tym przypadku - pomimo, że poszczególne elementy potrafią zaimponować, to jednak całość pozostawia wiele do życzenia.

Być może to nie jest film dla młodego widza. Być może ja nie potrafię docenić jego mistrzostwa. Być może trzeba go obejrzeć dwa razy by go w pełni docenić. Faktem jest, że "To nie jest kraj dla starych ludzi" na kolana mnie nie rzucił. Trudno mi tu powiedzieć dlaczego. Nie można na pewno odmówić mu inteligencji oraz chęci postawienia trudnych pytań. Dlatego polecam każdemu przekonać się samemu, czy jest to film dla niego.
__________

Recenzja dla http://kinomaniaki.com

sobota, 3 listopada 2007

Planet Terror

To zaczynamy - obiecana recenzja 'Grindhouse: Planet Terror'. Wszelkie uwagi mile widziane :)


tytuł oryginalny:

Planet Terror
gatunek:
akcja, horror, sci-fi
reżyseria:
Robert Rodriguez
scenariusz:
Robert Rodriguez
zdjęcia:
Robert Rodriguez
muzyka:
Graeme Revell, Robert Rodriguez, Carl Thiel
obsada:
Rose McGowan Rose McGowan Cherry
Freddy Rodríguez Freddy Rodríguez Wray
Michael Biehn Michael Biehn Szeryf Hague
Jeff Fahey Jeff Fahey J.T.
Josh Brolin Josh Brolin Dr William Block
Marley Shelton Marley Shelton Dr Dakota Block
od lat: 18
czas trwania: 105 minut
cena DVD: 24,90
moja ocena: 5/6


Na ten film wszyscy fani duetu Tarantino-Rodriguez czekali z niecierpliwością. Niecierpliwością tym większą, że pierwsza część Grindhouse’u (‘Death Proof’), pozwalała mieć nadzieję na coś równie mistrzowskiego. I chociaż ‘Planet Terror’ swojego filmu-bliźniaka nie przebija to i tak powinniśmy wyjść z kina zadowoleni.

Oczywiście nie ma co się nastawiać na coś podobnego do produkcji Tarantino. Fakt, obaj twórcy składają hołd kinu klasy D i bawią się nim, jednak robią to w zupełnie innym stylu. I zdaje się, że więcej zabawy w zabawie znajdziemy u Rodrigueza. Już sama fabuła igra z całą masą filmów o zombie (przede wszystkim z tymi, które mają „żywe trupy” w tytule). Oryginalnością więc nie grzeszy:

Oto w jednym z teksańskich, spokojnych miasteczek zaczyna dziać się coś niepokojącego - ludzie zgłaszają się do szpitala (tu akurat już wcześniej działy się dziwne rzeczy) z nietypowymi ranami. Jak się wkrótce okazuje rany te są wynikiem działania zombie, a każdy ugryziony po pewnym czasie przeobraża się potwora, chyba że wcześniej zostanie zjedzony. Jedyna nadzieja dla ludzkości w nielicznej grupce ocalałych z beznogą ex-tancerką go go – Cherry (Rose McGowan) i jej ex-chłopakiem Wray’em.

Cała masa ściągniętych z innych filmów rozwiązań nie powinna przeszkadzać, jeśli ktoś orientuje się trochę w kinie exploitation. Wie on wtedy, że nie o oryginalność tu chodzi. Fabuła jest tylko środkiem do zszokowania jak największą ilością krwi, flaków, mózgów i innych wnętrzności. I to udaje się Rodriguezowi kapitalnie. Co więcej epatuje on przemocą na tyle umiejętnie, że pomimo, iż niektóre sceny niejednokrotnie przekraczają granicę dobrego smaku film chce się oglądać, a same brutalne sceny są nawet w stanie dostarczyć nam sporo rozrywki, a nawet śmiechu.

Jednak gdyby film nie prezentował sobą nic innego, tylko bezmózgą (biorąc pod uwagę niektóre fragmenty filmu, określenie jak najbardziej trafione) jatkę, nie był by w stanie nawet zbliżyć się poziomem do ‘Death Proof’. A tak, poza anormalnie dużym nagromadzeniem kiczu i krwi na jedną klatkę mamy kilka niespodzianek.

Pierwszą z nich mogą być genialne wręcz dialogi. Do tej pory wydawać by się mogło, że niedoścignionym mistrzem w tej dziedzinie jest Quentin Tarantino. Po obejrzeniu ‘Grindhouse vol. 2’ możemy z całą pewnością stwierdzić, że Robert Rodriguez sporo się od swojego przyjaciela nauczył. I jeśli porównywać by ‘Death Proof’ i ‘Planet Terror’ pod tym względem, to ta druga produkcja swojego poprzednika deklasuje. Chociaż oczywiście do ‘Pulp Fiction’ jeszcze trochę brakuje

Warto podkreślić, że za świetnymi dialogami stoją też rewelacyjne sceny, z jeszcze lepszymi motywami. Kurtka Wray’a, termometr doktora William’a Block’a czy rozmaite ‘talenty’ potrafią nieźle rozbawić swoją absurdalnością. Dowcipów zresztą jest tu pełno, w dodatku podanych w przeróżnych formach, z groteską i czarnym humorem na czele. Widać, że Rodriguez musiał się świetnie bawić podczas kręcenia tego filmu.

Zresztą podobną frajdę z grania musieli mieć też aktorzy, tak się przynajmniej wydaje po obejrzeniu filmu. Nie znaczy to wcale, że zagrali źle – wręcz przeciwnie! Widać, że godziny spędzone na oglądaniu filmów klasy D sprawiły, że każdy wczuł się w swoją rolę znakomicie. I chociaż trudno tu kogoś konkretnie wyróżnić mi najbardziej w pamięci został Freddy Rodriguez jako Wray. Nie potrafię sobie wyobrazić, żeby ktoś zagrał jego postać jeszcze lepiej. Na ogromne wyróżnienie zasługuje też odtwórczyni roli Cherry - Rose McGowan. Narzeczona Roberta Rodrigueza z pewnością nie miała łatwego zadania – na planie musiała poruszać się ze specjalną konstrukcją, by później jej ruchy z karabinem-nogą były bardziej wiarygodne. I opłaciło się! W jej delikatnej nieporadności podczas przemieszczania się jest coś tak ujmującego, że aż się chce powiedzieć ‘I like the way you move’!

Poza wspomnianym duetem wyróżniłbym doktora Blocka, czyli Josha Brolina. Jego gra, szczególnie w szpitalnej części filmu, sprawia że zaczynamy doceniać naszą polską służbę zdrowia. Warto też zwrócić uwagę na jego filmowego synka – Tony’ego. W rzeczywistości jest on synem samego Roberta Rodrigueza, tak więc ostatnia scena z jego udziałem może szokować.

Ciut gorzej niż całość prezentuje się ścieżka dźwiękowa do tej produkcji. Jeśli rozpatrywać ją jako osobną płytę, do słuchania w domu nie ma się zbytnio czym zachwycać, poza rewelacyjnym głównym tematem muzycznym i ciekawą interpretacją piosenki „Too drunk to fuck” w wykonaniu Rose McGowan. Pozostałe utwory, w większości autorstwa reżysera, opierają się w dużej mierze na tym samym motywie. Podczas oglądania „Planet Terror” to jednak nie przeszkadza, ba, w zestawie z filmem ta muzyka wydaje się o wiele lepsza niż jest w rzeczywistości.

Jeszcze gorzej niż strona dźwiękowa prezentuje się strona wizualna. Z tym że to akurat duży plus, bo o to chodziło. Stylizacja taśmy na bardzo zużytą wyszła sto razy lepiej w drugiej części Grindhouse’u – jest zdecydowanie bardziej zniszczona, a w dodatku wiąże się z nią jeszcze jedna niespodzianka, ciekawsza niż zmiana kolorów na czarno-białe, czy nagłe zniknięcie fragmentu, które otrzymaliśmy w ‘Death Proof’.

Wielu z Was chciałoby zapewne wiedzieć, czy reżyserzy ‘Grindhouse’ pokusili się o jakieś dodatkowe smaczki, łączące ich produkcje. Otóż można się doszukać pewnych podobieństw, jednak nie ma ich zbyt wiele, a w dodatku trudno je przeoczyć.

I na koniec słów kilka o czymś co generalnie z ‘Planet Terror’ wspólnego ma niewiele, ale jednak leci bezpośrednio przed nim – zwiastunie ‘Machete’ (niestety otrzymujemy tylko jeden zwiastun, ale za to ten który jest ponoć najlepszy). Zapowiedź ta miała z założenia zachęcać do obejrzenia dzieła fikcyjnego, którego nie ma, nie było i nie będzie. Stało się tak, że ten krótki filmik wyszedł kapitalnie, a historia w nim opowiedziana jest na tyle dobra, że prawdopodobnie powstanie pełnometrażowy film na jego podstawie. Jeśli reżyserował by go Rodriguez moglibyśmy mieć pewność, że dostaniemy dzieło wybitne. Ale ktokolwiek stworzy ‘Machete’ trzeba to będzie zobaczyć.

Jak widać na „Planet Terror” wybrać się warto, a nawet trzeba. Pozycja ta, ze względu na projekt „Grindhouse”, niewątpliwie jest już kultowa. Niestety nie oznacza to, że każdemu przypadnie do gustu. Jednak jeśli ktoś jest w stanie pojąć dlaczego dzieło to ma tak makabryczny charakter i nie straszne są my żadne flaki, czy inne wnętrzności z kina powinien po seansie czuć się usatysfakcjonowany.

 

Premiera miesiąca:

Premiera miesiąca
Tytuł: 'Wszystko, co kocham'

premiera: 15.01.2010


gatunek: dramat

reżyseria: Jacek Borcuch

scenariusz: Jacek Borcuch

obsada: Olga Frycz, Andrzej Chyra, Mateusz Kościukiewicz, Katarzyna Herman