Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dramat. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 marca 2008

To nie jest kraj dla starych ludzi

Znowu przez dłuższy czas nic nie pisałem. Powodów było kilka, ale nie są one zbyt istotne. Ważne jest, że macie kolejną recenzję, znowu film na czasie - oscarowy "To nie jest kraj dla starych ludzi". A ta recenzja, jak zobaczycie jest trochę 'inna niż inne' ;) Liczę na Wasze komentarze.

tytuł oryginalny:
No Country for Old Men
gatunek:
dramat
reżyseria:
Joel Coen, Ethan Coen
scenariusz:
Joel Coen, Ethan Coen
zdjęcia:
Roger Deakins
muzyka:
Carter Burwell
obsada:
Tommy Lee Jones Tommy Lee Jones Bell
Josh Brolin Josh Brolin Moss
Javier Bardem Javier Bardem Chigurh
Kelly MacDonald Kelly MacDonald Carla Jean
od lat: 16
czas trwania: 122 minuty
cena DVD: 36,99 zł
moja ocena: 4/6


Najnowszy film Coenów był bez wątpienia największym wygranym tegorocznej gali oscarowej. 8 nominacji, z których 4 zamieniły się w statuetki. Czy potrzeba komuś lepszej rekomendacji? Jeśli tak, to ode mnie jej nie otrzyma. "To nie jest kraj dla starych ludzi" obejrzeć warto, jednak zachwycać się nim niekoniecznie trzeba. Dla mnie był to kawał solidnie zrobionego kina, ale do arcydzieła mu daleko. Skąd więc takie dobre przyjęcie przez Amerykańską Akademię Filmową? Popatrzmy może na każdą nagrodę i nominację z osobna:

Najlepszy scenariusz adaptowany. Trudno mi tu ocenić, jak bardzo "To nie jest kraj dla starych ludzi" na nagrodę w tej kategorii zasługiwał. Cała historia powstała na podstawie powieści Cormaca McCarthy'ego o tym samym tytule. Opowieść rozpisana jest w zasadzie na trzy postacie: Moss (Josh Brolin), podczas polowania natrafia na miejsce nieudanej transakcji narkotykowej. Znajduje kilkanaście trupów, trochę heroiny oraz 2 miliony dolarów. Postanawia wziąć sobie pieniądze, wie jednak, że źli ludzie łatwo o nich nie zapomną. I tu pojawia się kolejna postać - morderca Chigurh (Javier Bardem), który po trupach będzie próbował dojść do celu jakim jest odzyskanie pieniędzy. Jego tropem będzie z kolei podążał tytułowy stary człowiek, czyli szeryf Bell (Tommy Lee Johnes). Jak dla mnie scenariusz nie jest na tyle porywający, by przyznawać mu Oscara. Z drugiej strony, fatalny jednak też nie był, a że pozostałych nominowanych w tej kategorii widziałem tylko "Pokutę", to słuszności decyzji Akademii nie neguję. Może faktycznie inne scenariusze były gorsze ("Pokuty" był minimalnie).

Najlepszy aktor drugoplanowy. Tu nie mogło być inaczej. To co Javier Bardem zrobił ze swoją postacią wzbudza szczery zachwyt - lepiej mordercy wyobrazić sobie nie można. Cichy, wyrachowany, trochę jakby z innego świata. Nie każdy potrafiłby to tak zagrać. W moim odczuciu przyćmił on pozostałych aktorów do tego stopnia, że w pewnym momencie zamiast kibicować tym dobrym, zacząłem być po stronie Chgurha. Jego postać była zdecydowanie najbardziej wiarygodna. Swoistego uroku dodają mu również bronie jakimi się posługuje - shotgun z tłumikiem oraz urządzenie do zabijania bydła. W przeciętnych filmach nie spotykane, a szkoda, bo sieczkę potrafią zrobić po cichu i efektownie.

Najlepszy reżyser. Podobnie jak w poprzedniej kategorii, tu też jestem w stanie się zgodzić ze słusznością nagrody. Coenowie odwalili kawał dobrej roboty. Od strony technicznej filmowi nie ma czego zarzucić, wszystko jest perfekcyjnie zaplanowane. Co prawda ta perfekcyjność działa trochę na niekorzyść obrazu (taki delikatny przerost formy nad treścią) ale to mało istotne. Bo obok tego przerostu oddaje też kapitalnie klimat filmu.

Najlepsze zdjęcia. Nie było tu Oscara. Może i słusznie, może nie. Wypowiadać chyba się za bardzo nie powinienem, bo podobnie jak przy okazji scenariusza - poza "Pokutą" konkurentów nie widziałem. Faktem jest, że zdjęcia były bardzo dobre. Ich autor, Roger Deakins, odwalił kawał solidnej roboty. Kiedy trzeba było zwracał umiejętnie naszą uwagę na szczegóły, które normalnie by nam umknęły i za to jeden duży plus. Kolejny należy mu się za sposób, w jaki ukazał Teksas. Nie widziałem nigdy tego stanu na żywo, ale nie ma innej możliwości, on musi wyglądać tak, jak w "To nie jest kraj dla starych ludzi". I nie ma znaczenia, że akcja filmu rozgrywa się jakieś 18 lat temu. Teksas to Teksas i jeśli miał bym go sobie jakoś wyobrazić, to tak, jak został ukazany w filmie Coenów.

Najlepszy montaż. Kolejna nominacja, tylko że tym razem nie mam zielonego pojęcia za co... Nie widziałem tutaj nic, co wyróżniało by ten film pod względem zmontowania od całej masy innych produkcji rodem z Hollywood i nie tylko. Brak statuetki nie jest tu żadnym zaskoczeniem. Przynajmniej dla mnie.

Najlepszy dźwięk. Tutaj też nie bardzo rozumiem skąd nominacja. Wszystkie odgłosy, owszem brzmiały dobrze, szczególnie te wydawane przez wspomniane wcześniej bronie Chigurha . Ale bez przesady, żeby się nimi zachwycać i nominować do najważniejszej nagrody w branży filmowej? 100 razy lepsze dźwięki były w "Pokucie", a ta nawet nominacji nie zgarnęła :|

Najlepszy montaż dźwięku. Kosmiczna kategoria, ośmielę się powiedzieć, że bardzo mało istotna. A że moja wiedza w tej dziedzinie jest praktycznie żadna, to nie będę się tu wypowiadał. Chociaż coś mi mówi, że w "Pokucie" ten montaż też wypadł lepiej.

I na koniec najważniejsze - Oscar za najlepszy film. Niby wszystko pasuje, więcej jest tam zalet niż wad. Niby w najważniejszych kategoriach wszystko zadziałało. Ale jednak całość pozostawia pewien niedosyt. Nie zawsze jest tak, że z pięknych kwiatów wyjdzie ładny bukiet. Tak jest też w tym przypadku - pomimo, że poszczególne elementy potrafią zaimponować, to jednak całość pozostawia wiele do życzenia.

Być może to nie jest film dla młodego widza. Być może ja nie potrafię docenić jego mistrzostwa. Być może trzeba go obejrzeć dwa razy by go w pełni docenić. Faktem jest, że "To nie jest kraj dla starych ludzi" na kolana mnie nie rzucił. Trudno mi tu powiedzieć dlaczego. Nie można na pewno odmówić mu inteligencji oraz chęci postawienia trudnych pytań. Dlatego polecam każdemu przekonać się samemu, czy jest to film dla niego.
__________

Recenzja dla http://kinomaniaki.com

niedziela, 3 lutego 2008

Pachnidło

Pora na kolejną recenzję, bo coś widzę, że poprzednia mi nie wyszła ;) Może ta Wam bardziej do gustu przypadnie, chociaż jest ona bardzo krótka. I zachęcam do jej oceniania.


tytuł oryginalny:
Perfume: The Story of a Murderer
gatunek:
dramat, thriller
reżyseria:
Tom Tykwer
scenariusz:
Andrew Birkin , Caroline Thompson
zdjęcia:
Frank Griebe
muzyka:
Reinhold Heil, Johnny Klimek, Tom Tykwer
obsada:
Ben Whishaw Ben Whishaw Jan Baptysta Grenouille
Alan Rickman Alan Rickman Antoni Richis
Rachel Hurd-Wood Rachel Hurd-Wood Laura Richis
Dustin Hoffman Dustin Hoffman Giuseppe Baldini
od lat: 15
czas trwania: 147 minut
cena DVD: 22,99 zł
moja ocena: 4/6


Czy da się po przez książkę przekazać zapachy? Teoretycznie to niemożliwe. A jednak książka „Pachnidło” Patricka Süskinda, opowiadająca historię mordercy o doskonałym węchu sukces odniosła. I to właśnie ze względu na świetne przekazanie zapachów otaczających głównego bohatera. A gdy książka odnosi sukces, prędzej czy później musi trafić na ekrany kin. I przy ekranizacji „Pachnidła” pojawia się to samo pytanie, co w przypadku książki – czy można sprawić, by widz poczuł to, co bohater którego ogląda?

Nie traktowałbym jednak odpowiedzi na to pytanie, jako wyznacznika czy film jest udany, czy nie. Można tu co prawda podkreślić, że wiele osób twierdziło, że oglądając film „niemal czuło” to co widzieli. Gratuluję im wyobraźni, ja niestety tego nie czułem. Jednak pomimo tego uważam film Toma Tykwera za udany.

Historia wyalienowanego mordercy obdarzonego ponadprzeciętnym węchem jest na tyle oryginalna, że ogląda się ja z zaciekawieniem. Seans co prawda do krótkich się nie zalicza – trwa prawie dwie i pół godziny – ale warto ten czas „Pachnidle” poświęcić. Dzięki temu, że film jest tak długi akcja nie gna do przodu jak oszalała. I jest to niewątpliwie zaleta, pozwala nam to nie tylko lepiej poznawać naszego mordercę, ale też umożliwia nam pełne wczucie się w klimat filmu.

Co więcej klimat (ale nie zapach) doskonale oddają świetne zdjęcia. Przyznam szczerze, że naiwnie wierzyłem, że poczuję te zapachy, które czuł Jan Baptysta Grenouille. Niestety, moja wyobraźnia mi na to nie pozwoliła, jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – zamiast uczty dla nosa dostałem ucztę dla oka.

W czasach, gdy stworzenie czegokolwiek oryginalnego graniczy z cudem „Pachnidło” zdecydowanie się wyróżnia. Historia którą oferuje najnowszy film Toma Tykwera została ukazana po raz pierwszy. Zapewne w niedalekiej przyszłości doczekamy się jej remake’u, dlatego pozostaje nam mieć nadzieję, że do tego czasu ktoś wymyśli coś takiego jak kino zapachowe. Gdyby „Pachnidło” w takim kinie się pojawiło na pewno zostało by okrzyknięte arcydziełem. Tak jest tylko bardzo dobrym filmem, ze świetnymi zdjęciami i aktorstwem na wysokim poziomie.

czwartek, 31 stycznia 2008

Dzikość serca

Dzisiaj recenzja "Dzikości serca" Davida Lyncha. Za dużo o filmie w tym wstępie nie będę pisał, bo chciałem wspomnieć o czymś innym. Mianowicie pod postem znajdziecie takie gwiazdki na zielonym tle - możecie w ten sposób ocenić jak Wam się ta recenzja podoba. Im bardziej, tym więcej dawajcie gwiazdek ;) Pomoże to ponoć w reklamowaniu bloga, a ja będę wiedział czy piszę dobrze, czy źle ;)
PS. Macie ostatnią szansę, żeby zagłosować na mnie w konkursie na bloga roku (link obok) - nie zmarnujcie jej!


tytuł oryginalny:
Wild at Heart
gatunek:
kryminał, sensacyjny
reżyseria:
David Lynch
scenariusz:
David Lynch
zdjęcia:
Frederick Elmes
muzyka:
David Lynch, Angelo Badalamenti
obsada:
Nicolas Cage Nicolas Cage Sailor Ripley
Laura Dern Laura Dern Lula
Willem Dafoe Willem Dafoe Bobby Peru
J.E. Freeman J.E. Freeman Santos
od lat: 18
czas trwania: 124 minuty
cena DVD: 19,90 zł
moja ocena: 4,5/6

***

Davida Lyncha można albo kochać, albo nienawidzić. Zanim obejrzałem „Dzikość serca” miałem przyjemność zapoznać się z paroma innymi jego dziełami (takimi jak chociażby „Mulholland Drive”, czy „Blue Velvet”), tak więc zdanie o nim miałem już wyrobione. Dla mnie jest to jeden z najlepszych twórców naszych czasów, tworzący kino tak surrealistyczne i zakręcone, że niekiedy nie da się go zrozumieć. Oglądanie jego najnowszych filmów jest sporym wysiłkiem dla naszego umysłu, a ułożenie pojedynczych scen w logiczną całość często graniczy z cudem.

„Dzikość serca” jednak (tu dobra wiadomość dla tych którzy lubią wiedzieć o co chodziło w filmie, który obejrzeli) zrozumieć da się bez większych problemów. Owszem, pojawiają się tu pewne symbole, sceny i motywy, które wprowadzają klimat tajemniczości charakterystyczny właśnie dla kina Lyncha, jednak nie naruszają one spójności fabuły.

A ta sama w sobie zbyt zawiła nie jest. Cała akcja rozgrywa się wokół pary zakochanych –Luli i Sailora. Do romantycznej opowiastki jednak daleko, bo ta dwójka jest poszukiwana przez płatnego mordercę, który ma zlikwidować Sailora. Całą ta pogoń zaaranżowana została przez matkę Luli, której nie podoba się, że jej córka zadaje się z mordercą na przepustce (Sailor już w pierwszej, bardzo brutalnej scenie dokonuje zabójstwa). Jednak cała ta opowieść ma swoje drugie dno...

To dno jednak nie jest tak głęboko, jak by się można tego spodziewać. Bo ten film coś od pozostałych dzieł twórcy „Zagubionej autostrady” odróżnia. Mianowicie jest w nim sporo czarnego humoru, który bierze górę nad mrokiem i tajemniczością. Powiedziałbym nawet (odkrywcze to nie będzie), że film jest dość kiczowaty. Pod tym względem przypomina dość mocno produkcje Tarantino. Dialogi, dobór muzyki oraz przeróżnych motywów przywodzą na myśl tytuły takie jak chociażby. „Pulp Fiction”. O ściągnięciu pomysłów przez Lyncha nie może być tu jednak mowy – Tarantino tworzył ładnych parę lat po „Dzikości serca”. Czyżby więc Quentin znalazł w „Dzikości serca” inspirację?

Być może, jednak to mało istotne. Ważniejsze jest, co z takiego połączenia mroku i kiczu wynika. Mieszanka ta, gdyby trafiła na złego reżysera mogła by zaowocować jakąś karykaturą filmu, której nie dało by się oglądać. Całe szczęście jednak, że David Lynch filmy robić umie. Aktorów dobrał świetnie – odtwórczyni głównej roli żeńskiej – Laura Dern – współpracowała z Lynchem nie po raz pierwszy i widać, że doskonale wie o co temu reżyserowi chodzi. Ja jednak dość sceptycznie podchodziłem do występu Nicolasa Cage’a, którego nie darzę zbytnią sympatią. Ale ku mojemu zdziwieniu był on w swojej roli kapitalny! W czym jak w czym, ale w kiczu potrafi odnaleźć się doskonale (żeby nie było – to jest pochwała).

I wszystko było by ładnie, pięknie, gdyby nie jeden mały szczegół, o którym wspomnieć muszę. Tak jak kiczowatość tego filmu traktuję bez wątpienia jako zaletę, tak co do brutalności którą on epatuje mam mieszane odczucia. Niby to nic dziwnego, szczególnie w dzisiejszych czasach, jednak coś w tym wszystkim było odpychającego. Może jeszcze na same krwawe sceny przymknąłbym oko, jednak często zaraz obok takich scen pojawiały się momenty ‘schizolskie’, czasem też dość mocno erotyczne. I właśnie w tych obrazach było coś odpychającego...

I to te kilka scen sprawiło, że z jednoznaczną oceną miałem spory problem. Niby połączenie Lyncha i Tarantino (moich dwóch ulubionych reżyserów) powinno zapewnić mi przyjemność z oglądania. Ale coś mi w tym wszystkim jednak zgrzytało. Te zgrzyty nie były jednak na tyle mocne, by zniechęcić mnie do tego filmu. I stąd moja ocena jest jak najbardziej pozytywna. Nie wiem komu ten film się spodoba, a komu nie. Wiem za to, że nikt z Was nie pozostanie w stosunku do niego obojętny.

__________

Recenzja dla http://kinomaniaki.com

środa, 23 stycznia 2008

Diabeł ubiera się u Prady

Kolejna recenzja, tym razem moja (żeby nie było, że się innymi wysługuję :P ). Nie będę się w tym wstępie rozpisywał, w sumie nie ma o czym. Miłego czytania i komentowania.


tytuł oryginalny:

Devil Wears Prada
gatunek:
komedia, dramat
reżyseria:
David Frankel
scenariusz:
zdjęcia:
Florian Ballhaus
muzyka:
Theodore Shapiro
obsada:
Meryl Streep Meryl Streep Miranda Priestly
Anne Hathaway Anne Hathaway Andrea
Emily Blunt Emily Blunt Emily
Stanley Tucci Stanley Tucci Nigel
od lat: 12
czas trwania: 109 minut
cena DVD: 38,90
moja ocena: 4/6


"Jeśli twoje życie prywatne rozsypie się to znaczy, że już czas na awans". Takie motto prezentuje „Diabeł ubiera się u Prady”. Może nie jest to zbyt oryginalne, wszak motyw przyjaciół którzy zostali zaniedbani przez zapracowane osoby mogliśmy oglądać już nie raz, jednak oglądając film Davida Frankela nie przeszkadza to nam ani trochę (zresztą czego to w kinie nie mogliśmy zobaczyć?). Być może dlatego, iż w zasadzie jest to tylko poboczny wątek.

Ramą do całej opowieści jest historia Andrei, która będąc tuż po studiach usiłuje zdobyć pracę w jakiejkolwiek gazecie, by zdobyć doświadczenie. Przez zupełny przypadek trafia do redakcji magazynu „Wybieg”, którego naczelna jest wyrocznią w sprawach mody. Oczywiście jest ona typową złą szefową, bezwzględną tyranką, na myśl o której każdy pracownik drży. Andrei nie łatwo będzie przestawić się z dość spokojnej, mającej gdzieś to, czy w tym sezonie króluje kolor turkusowy, czy szaro-bury, spokojnej dziewczyny na podążającą za trendami, super asystentkę. Gdy w końcu jej się to uda, jej życie wcale nie stanie się prostsze, z powodów, o których wspomniałem powyżej.

Jednak to nie o poboczne historie z utraconymi przyjaciółmi i przelotnymi romansami tu chodzi. Cała fabuła to przede wszystkim perypetie Andrei związane z jej pracą. Reszta to tylko dodatek. Wydawać by się mogło, że w tym dodatku będzie trzeba pokładać nadzieje na coś ciekawego, bo w końcu co to za przyjemność oglądać jak jakieś dziewczę użera się z szefową i spełnia jej wszystkie zachcianki. No faktycznie, teoretycznie niewielka.

Sęk w tym, że to całe ‘użeranie się’ jest podane w wyśmienitej formie. Na pochwałę zasługują tu przede wszystkim dialogi, które są napisane wręcz rewelacyjnie. Nie brakuje tu sarkastycznego humoru i ciętych ripost . Jednak czymże były by dialogi, gdyby wypowiadał je jakiś przeciętny aktorzyna? Odpowiedź może być tylko jedna - niczym. Na szczęście odtwórczyniom głównych ról – Meryl Streep (szefowa „Wybiegu” – Miranda) oraz Anne Hathaway (Andrea) do przeciętności daleko, dlatego też ich spotkania i rozmowy są ozdobą tego filmu. Co prawda ogólne zachwyty nad kreacją aktorską pani Streep są troszkę przesadzone, jednak nie zmienia to faktu, że zagrała na wysokim poziomie. Z aktorów wyróżnić trzeba też Stanleya Tucci w roli Nigela. Widać role troszkę zniewieściałych facetów mu leżą - podobną postać grał w „Zatańcz ze mną”.

O ile dialogi na pewno w dużej mierze są zasługą książki Lauren Weisberger na której film się opiera, tak nie można tego powiedzieć o muzyce, która stanowi dla nich doskonałe tło. Do ścieżki dźwiękowej wybrano utwory w większości nowe, usłyszymy kilka znanych z list przebojów piosenek, wszystkie idealnie pasujące do wielkomiejskiego krajobrazu.

Mówiąc o krajobrazie nie mogę nie wspomnieć o Nowym Yorku. Dla mnie to był taki cichy bohater tego filmu – świetne zdjęcia i montaż umożliwiły ukazanie go jako miasta nowoczesnych, zabieganych ludzi. Ile w tym prawdy nie wnikam, liczy się to, że do całości pasowało to idealnie.

Na koniec o wadach słów kilka. Przede wszystkim trochę niepotrzebnie w końcówce skupiono się na tych nieszczęsnych wątkach pobocznych, o których wspominam już chyba trzeci raz. To połączenie love-stroy i motywu olanych przyjaciół nic dobrego nie przynosi. Ani nie jest to oryginalne, ani nie jest ciekawe, a na domiar złego ogranicza ilość spotkań Mirandy z Andreą.

Nie ma co jednak narzekać, te nieszczęsne momenty nie trwają zbyt długo. I chociaż całość prowadzi do dość przewidywalnego finału, to i tak czuć w tym filmie powiew świeżości. Cieszy również to, że pod przykrywką lekkiej opowiastki film przemyca głębsze spojrzenie na dzisiejsze zabiegane społeczeństwo. Czy warto poświęcać wszystko karierze? Dla większości odpowiedź jest oczywista. Jeśli ktoś ma jednak jakieś wątpliwości, niech koniecznie obejrzy „Diabła”. Zresztą, jeśli ich nie ma, też niech to zrobi.

wtorek, 15 stycznia 2008

Księżniczki

Tym razem recenzja czegoś mniej komercyjnego - hiszpańskiego filmu 'Księżniczki'. Pod koniec tygodnia myślę, że uda mi się stworzyć zapowiedź premiery miesiąc. Co to będzie? Przekonacie się wkrótce ;)
Dzięki za komentarze, cieszy mnie pozytywny odbiór recenzji 'Apocalypto'. Zastanawiają mnie jednak głosy w ankiecie - prowadzenie najbardziej zjechanej recenzji 'Requiem...' jest dla mnie małą niespodzianką :>
PS. Tą (i poprzednią) recenzję znajdziecie na kinomaniakach.



tytuł oryginalny:
Princesas
gatunek:
dramat
reżyseria:
Fernando León de Aranoa
scenariusz:
Fernando León de Aranoa
zdjęcia:
Ramiro Civita
obsada:
Candela Pena Candela Pena Caye
Micaela Nevárez Micaela Nevárez Zulema
Llum Barrera Llum Barrera Gloria
Mariana Cordero Mariana Cordero Pilar
od lat: 16
czas trwania: 113 minut
cena DVD:
moja ocena: 3/6

***

Ciężki jest los prostytutki. Na pewno nie taki, jak księżniczki. Bohaterki filmu Fernando Leóna de Aranoa’y coś o tym wiedzą, gdyż same wykonują najstarszy zawód świata. Nie jest to jednak spełnienie ich marzeń. Każda z nich chciałaby dla siebie lepszego losu.Tylko zawsze coś musi stanąć na przeszkodzie.

Głównej bohaterce - Caye (Candela Pena) – marzy się normalny związek. Taki, w którym mężczyzna (niekoniecznie książę z bajki) odbiera kobietę z pracy, czy zaprasza na kolacje. Chciałaby też powiększyć sobie piersi. Właśnie na ten cel chce przeznaczyć to, co jej zostaje z prostytucji. Rozrywek zbyt wielu nie uświadcza, a największą zdaje się być przesiadywanie w zakładzie fryzjerskim w chwilach wolnych od pracy. Na przeciwko tego zakładu swoje miejsce pracy ma emigrantka z Dominikany – Zulema (Micaela Nevárez). Ona również utrzymuje się z oferowania usług seksualnych. I również ma marzenia. W odróżnieniu jednak do Caye ma męża i dziecko. Tyle że jej rodzina jest daleko, w Dominikanie. I właśnie dla niej (a szczególnie dla swojego syna) poświęca swoją godność. Lepszy los nie jest jej jednak dany – mężczyzna który ma załatwić jej papiery umożliwiające legalny pobyt regularnie ją gwałci.

Ten opis filmu mógłbym ciągnąć w nieskończoność. Bo właściwie zdefiniować o czym dokładniej są ‘Księżniczki’ w skrócie się nie da. Niby głównym wątkiem jest przyjaźń dwóch wspomnianych wcześniej pań, ale na tym dobrego filmu zbudować się nie da. Wiedział to reżyser, który stara się wyciągnąć z tematu jak najwięcej i w ten sposób porusza takie problemy jak niewdzięczny alfons, poszukiwanie normalności oraz miłości, zakłamanie świata (rodziny naszych Księżniczek nie wiedzą o ich pracy), a nawet problem emigracji. Wszystko to ukazywane jest w sposób nadający bohaterkom tak bardzo ludzką twarz, jak to tylko możliwe. W końcu prostytutka to też człowiek.

I ten punkt wyjścia jest jak najbardziej słuszny. Problem polega na tym, że Fernando León de Aranoa chciał pokazać zbyt wiele. W efekcie żaden z wątków nie jest wystarczająco pogłębiony, każdemu czegoś brakuje. Już samo środowisko prostytutek jest na tyle ciekawe, by poświęcić mu więcej czasu. Brakuje emocji. Jedyna scena, która wywołała we mnie silniejsze poruszenie to scena spotkania Caye i jej chłopaka w barze, pod koniec filmu.
Szkoda też, że film tylko prześlizgnął się po problemie emigracji. Gdyby zdecydowano się go pogłębić otrzymalibyśmy na pewno coś nowatorskiego.

Te wszystkie niedociągnięcia scenariusza starają się nadrobić aktorki. Efektu to zbytnio nie przynosi, pomimo tego, że spisują się one zaskakująco dobrze. Nie są to gwiazdy kina europejskiego, ani tym bardziej światowego, ale widać, że znają się na swoim fachu. Jednak nawet one nie są w stanie wytworzyć więzi emocjonalnych z widzem.

Ich brak sprawia, że oglądając ‘Księżniczki’ miałem wrażenie, jakbym oglądał reality-show. Kilka streszczonych dni z życia prostytutki. Nie jest to ani interesujące, ani nużące. Takie... nijakie. Tak mniej więcej po połowie film mógłby się zakończyć i dużej różnicy by to widzom nie zrobiło. Niestety trwał on jednak nadal i z każdą chwilą tracił coraz więcej. Ostatecznie po skończonym seansie towarzyszył mi ogromny niedosyt. Szkoda, bo temat był ciekawy i można było coś więcej z niego wyciągnąć.
__________

Recenzja dla http://kinomaniaki.com

poniedziałek, 7 stycznia 2008

Apocalypto

Po mniej obfitym w recenzje grudniu, styczeń być może będzie bardziej owocny pod tym względem ;) A przynajmniej jego początek. Tym razem recenzja 'Apocalypto'. Mam nadzieję na jakieś komentarze, bo ostatnio ich co raz mniej... A jak mniej komentarzy, to i mniejsza moja motywacja do pisania. A jak Wam się nie chce komentować, to chociaż zagłosujcie w ankiecie obok :P


gatunek:
dramat, przygodowy
reżyseria:
Mel Gibson
scenariusz:
Mel Gibson, Farhad Safinia
zdjęcia:
Dean Semler
muzyka:
James Horner
obsada:
Rudy Youngblood Rudy Youngblood Łapa Jaguara
Dalia Hernandez Dalia Hernandez Seven
Jonathan Brewer Jonathan Brewer Blunted
Morris Birdyellowhead Morris Birdyellowhead Flint Sky
od lat: 18
czas trwania: 139 minut
cena DVD: 36,99 zł
moja ocena: 2/6


Mel Gibson na pewno pokornym reżyserem nie jest. Poprzedni jego film – „Pasja” – wzbudził wiele kontrowersji, głównie przez niezwykle brutalny sposób ukazania męki Chrystusa. Po obejrzeniu „Apocalypto” zaczynam mieć wątpliwości, czy ta brutalność miała służyć oddaniu prawdy, czy zaspokojeniu chorych fantazji reżysera, gdyż w jego najnowszym filmie jest prawie tyle samo krwi co w przeciętnym horrorze gore.

Zdawać by się mogło, że tematyka na to nie pozwoli - Gibson postanowił tym razem zmierzyć się z legendą Majów. Ukazał tą słynną cywilizację w ostatnich dniach przed przybyciem najeźdźców z Europy. Próżno tu jednak szukać jakiejś prawdy historycznej, czy interesujących spostrzeżeń. Autor opowiada całą historię z punktu widzenia jednego z mieszkańców dżungli – Łapy Jaguara. Pewnego dnia jego wioska zostaje napadnięta, a on sam zabrany do niewoli, do czegoś w rodzaju centralnej osady.

Już sam punkt widzenia zdaje się ograniczać wartość edukacyjną tego dzieła. W końcu gdyby osadzić akcję w całości pośród ogromnych budowli wznoszonych przez Majów, a nie gdzieś w dżungli można by pokazać coś bardziej interesującego. W dżungli jedyną rzeczą, którą film może zaoferować w kontekście prawd historycznych, jest sposób polowań tej dawnej cywilizacji. Chociaż, jakby się nad tym głębiej zastanowić , to i tak edukacyjna wartość tego prawie żadna, a i rozrywka nikła. Zresztą takich ‘rozrywek’ Gibson funduje nam więcej. Liczba wyrwanych (i pokazanych widzowi) serc dochodzi do pięciu. Oprócz tego otrzymujemy całkiem realistycznie pokazane inne krwawe obrządki, jak choćby obcinanie głowy. Sensu w tym wszystkim nie widać, a przyjemność z oglądania tego jest taka sama, jak z oglądania skomplikowanej operacji – tyle samo tu krwi, tyle samo flaków. Widać więc, że wartości głębszych tu nie znajdziemy.

Zamiast skupiać się na ukazaniu wiarygodnie wyglądających wnętrzności można było spróbować ulepszyć zwierzęta. Te które widzimy w filmie wyglądają żenująco sztucznie i nawet przez moment nie przychodzi nam do głowy, że są one żywymi, a nie komputerowymi, istotami.

Słaby wygląd zwierząt jest jednak niczym, w porównaniu do niektórych niedorzeczności, jakie funduje nam reżyser. Mogę zrozumieć, że ludzie w tamtych czasach byli bardziej odporni na różne rzeczy. To jednak nie tłumaczy, w jaki sposób ktoś, kogo strzała przeszyła na wylot jest w stanie najpierw ją sobie wyciągnąć, następnie biec nieustannie (!) przez kilka godzin, mając za sobą pościg i ciągle krwawiąc. W dodatku w pewnym momencie biegnie niewiele wolniej niż jaguar. Normalnie Rambo wśród Majów. Co więcej jest on w stanie myśleć na tyle trzeźwo, by przy użyciu dostępnych mu środków (kolce, żaby, pszczoły) pokonać swoich wrogów. Tu akurat MacGyverrem zalatuje. Jednak pomimo tych wszystkich bzdur, jakie oglądamy na ekranie scenę pościgu ogląda się dość przyjemnie. I to jest chyba jedyny pozytyw, jaki możemy tu znaleźć.

Można by na plus jeszcze zaliczyć to, że aktorzy posługują się językiem Majów. Można by, ale ponieważ Gibson zrezygnował ze zrobienia filmu z walorami edukacyjnymi i poszedł w szeroko pojętą rozrywkę nie ma to większego znaczenia.

Nie ukrywam, że ten film mnie zaskoczył. Po reżyserze „Bravehearta” i „Pasji” spodziewałem się widowiska na wysokim poziomie. Scenariusz jednak jest prosty jak budowa cepa i ogranicza się tylko do jednego wątku. W dodatku ten jedyny wątek zdaje się być środkiem, do pokazania Majów tak brutalnie, jak to tylko możliwe. Myślę, że gdyby naprawdę byli oni takimi bestiami, to dzisiaj nie podziwiali byśmy ich kultury. Tak więc szkoda tracić czas, na film, który nie mówi nic ciekawego, a jedyną satysfakcję podczas jego oglądania można czerpać z sadystycznych scen wyrywania serc.

niedziela, 16 grudnia 2007

Niczego nie żałuję - Edith Piaf

Dawno tu recenzji nie było, nie sądzicie? Dlatego też nadrabiam zaległości - dzisiaj 'Niczego nie żałuję...', które widziałem na Nocy Kina.



tytuł oryginalny:

La Môme
gatunek:
dramat
reżyseria:
Olivier Dahan
scenariusz:
Olivier Dahan
zdjęcia:
Tetsuo Nagata
muzyka:
Christopher Gunning
obsada:
Marion Cotillard Marion Cotillard Edith Piaf
Sylvie Testud Sylvie Testud Mômone
Pascal Greggory Pascal Greggory Louis Barrier
Gérard Depardieu Gérard Depardieu Louis Leplée
od lat: 12
czas trwania: 140 minut
cena DVD: 19,90-49,90
moja ocena: 3/6


Najlepsze scenariusze pisze ponoć życie. I jeśli by spojrzeć w życiorysy losowo wybranych, sławnych osób, to w większości z nich znaleźlibyśmy potwierdzenie tej tezy. Nie inaczej jest w przypadku Edith Piaf. Ta niewątpliwie najwybitniejsza francuska artystka przeżyła w swoim krótkim życiu (zmarła mając zaledwie 47 lat) więcej niż przeciętna osoba. Już od najmłodszych lat los jej nie oszczędzał – wychowywała się najpierw w burdelu, gdzie o mały włos nie straciła wzroku, a potem w cyrku, gdzie była skazana na ciągłe wędrówki. Nawet w pozornie najszczęśliwszym okresie życia, gdy cała Francja była zakochana w niej i jej piosenkach, borykała się z licznymi problemami. Wydawać by się mogło więc, że filmu o tak barwnej postaci po prostu nie da się zepsuć. A jednak! Reżyserowi i scenarzyście zarazem - Olivierowi Dahanowi w ‘Niczego nie żałuję – Edith Piaf’ to się udało.

Największym niewypałem okazały się zabawy z chronologią. Autor chciał, by większość filmu była jakoby wspomnieniami będącej w ostatnich latach swojego życia piosenkarki. Pomysł generalnie nie jest zły, ale jego wykonanie woła o pomstę do nieba. Przeskoki w czasie nie wnoszą zupełnie niczego. Mało tego, mam dziwne wrażenie, że powodują one mniejsze zżycie z główną bohaterką, przez co film traci na przekazie emocjonalnym. W dodatku te retrospekcje są strasznie chaotyczne, a niekiedy mamy wrażenie, że są wstawione tylko dlatego, że reżyser zapomniał wcześniej o czymś wspomnieć (przykład – śmierć dziecka Edith, przy czym nie wiemy nawet z kim i kiedy je miała...).

Szkoda również, że autor filmu unika jak to tylko możliwe ukazania słabości i uzależnień artystki. Owszem, wspomina kilka razy o opium, kokainie, czy morfinie, a alkohol co prawda leje się gęsto, ale jest tego wszystkiego jednak trochę za mało, by móc tym w pełni wytłumaczyć jej późniejszy stan i przedwczesną śmierć. Z drugiej jednak strony lepsze takie rozwiązanie, niż gdyby miał przesadzić w drugą stronę i z wielkiej piosenkarki zrobić narkomankę i alkoholiczkę.

Pozytywów co prawda też się kilka znajdzie, jednak pod prawie żadnym z nich nie może się podpisać nikt z ekipy tworzącej film. Bo to przecież nie ich zasługa, że piosenki Edith Piaf są wiecznie żywe i zawsze brzmią tak samo dobrze. A to one są chyba największym atutem tego obrazu. To właśnie one dodają temu filmowi uroku Francji sprzed kilkudziesięciu lat, bez którego nie wyobrażam sobie tego dzieła.

Nie można też zapomnieć, o rewelacyjnej odtwórczyni roli tytułowej - Marion Cotillard. Do tej pory, mogliśmy ją kojarzyć głównie z serii ‘Taxi’ (chyba że ktoś jest lepiej obeznany we francuskim kinie). Jednak w ‘Niczego nie żałuję – Edith Piaf’ pokazała, że jest warta znacznie lepszych ról, niż tych w komedyjkach robionych po publikę. Tytułowa bohaterka w jej wykonaniu była szalenie wiarygodna. W rewelacyjny sposób odzwierciedliła wszystkie cechy, jakie są przypisywane francuskiej piosenkarce począwszy od jej wybuchowego temperamentu, kończąc na jej skromności oraz zamiłowaniu do bycia na scenie tylko po to by śpiewać dla publiczności (do teraz mam przed oczami scenę, gdy po zasłabnięciu Edith chce wrócić na scenę, nie bacząc na swoje zdrowie). W dodatku perfekcyjna charakteryzacja sprawiła, iż miałem wrażenie, że oglądam prawdziwą Edith, taką jaką możemy zobaczyć na archiwalnych zdjęciach. Ogromną niesprawiedliwością było by nie przyznanie Marion Cotillard Oscara za tę rolę.

Jednak niestety, ani muzyka, ani rewelacyjna gra głównej bohaterki nie wystarczają, by sprostać moim oczekiwaniom. Fakt, że po obejrzeniu filmu cały czas chodzą za mną piosenki takie jak ‘Milord’, czy ‘Je ne regrette rien’ to bynajmniej nie zasługa filmu, a geniuszu Edith Piaf i jej głosu. Dlatego też po obejrzeniu ‘Niczego nie żałuję...’ niedosyt jest tak duży. Reżyser miał przecież gotową historię, kapitalną oprawę muzyczną, a w dodatku trafiła mu się idealna aktorka. Wystarczyło tylko to wszystko przedstawić. Ale Olivier Dahan przekombinował. W efekcie przyjdzie nam jeszcze poczekać na film, który przedstawi historię tej wielkiej Francuzki tak jak należy. A póki co lepiej włączyć sobie jedną z jej płyt, by później nie żałować czasu spędzonego przy oglądaniu nieudanej biografii.

sobota, 8 grudnia 2007

Requiem dla snu

Oto i ona - zapowiadana już od dawna recenzja 'Requiem dla snu', specjalnie dla Mikołaja ;) Film znany i lubiany, większość widziała, więc liczę na sporo komentarzy :)


tytuł oryginalny:
'Requiem for a dream'
gatunek:
dramat
reżyseria:
Darren Aronofsky
scenariusz:
Darren Aronofsky, Hubert Selby Jr.
zdjęcia:
Matthew Libatique
muzyka:
Clint Mansell
obsada:
Ellen Burstyn Ellen Burstyn Sara Goldfarb
Jared Leto Jared Leto Harry Goldfarb
Jennifer Connelly Jennifer Connelly Marion Silver
Marlon Wayans Marlon Wayans Tyrone C. Love
od lat: 18
czas trwania: 102 minuty
cena DVD: 19,99 zł
moja ocena: 6/6


Uzależnienie od narkotyków, jedzenia, telewizji, tabletek, czy desperackie odchudzanie to labirynt bez wyjścia. Niby wszyscy o tym wiemy. Ale czy oby na pewno zdajemy sobie sprawę z tego, jakie konsekwencje niosą ze sobą wszelkiego rodzaju nałogi? Jeśli nie, to ‘Requiem dla snu’ z pewnością nas uświadomi.

Na pewno każdy o tym filmie przynajmniej słyszał. Fabuła nie jest tu zbyt złożona, ale (co rzadko się zdarza) jest ona tylko środkiem do ukazania obrazu. Obrazu, który opowiada o czwórce z pozoru zwykłych ludzi, podobnych być może do wielu z nas. Każdy z nich ma swoje marzenia, każdy ma też swoje nałogi. Sara Goldfarb, miła starsza pani (oscarowa rola Ellen Burstyn), bardzo lubi oglądać telewizję i marzy o tym, by kiedyś wystąpić w swoim ulubionym programie. Jej syn, Harry, chciałby wieść spokojne życie ze swoją ukochaną – Marion i w przyszłości prowadzić z nią sklepik. I z pozoru wszystko się układa – Sara dostaje zaproszenie do programu, a Harry, z pomocą swojego przyjaciela Tyrona, dzięki sprzedaży narkotyków szybko się wzbogaca.

Jednak pomimo tego, iż w pewnym momencie każdy zdaje się być już prawie u szczytu swoich marzeń, nie mamy złudzeń, iż szczytu nie osiągną. I faktycznie, ta pozorna droga do szczęścia szybko jednak zamienia się w koszmar.Co więcej, my sami jesteśmy w ten koszmar wciągani.

Postacie są napisane kapitalnie, aktorzy odgrywają swoje role jeszcze lepiej. To jest chyba kluczowa zaleta filmu, która sprawia, że jest on tak bardzo ujmujący. Bo pomimo, że główny bohater ćpa, to jednak dostrzegamy, że kocha zarówno swoją dziewczynę, jak i matkę. Ta z kolei, niedoceniona przez syna, chce tylko by w końcu ktoś ją zauważył. Tyronowi zaś brakuje matczynej miłości, której Harry nie docenia. Każdy, pomimo swoich grzechów ma ludzkie oblicze. Takie jakie ma każdy z nas. Przez to, nie wiedząc nawet kiedy zżywamy się z bohaterami. Razem z nimi wchodzimy w ich dramat, do ich piekła. Jedyna różnica polega na tym, że oni nie mają szans na ucieczkę z wciągającego ich co raz bardziej wiru uzależnień. My zawsze możemy wyłączyć film.

Ja osobiście chciałem tak zrobić kilka razy. Jednak zapewniam, że nie warto. To co oferuje nam Darren Aronofsky, to nie tylko depresja w najczystszej postaci. Film ten jest zrobiony idealnie pod każdym względem. Wspomniałem już aktorstwo, ale jest jeszcze kapitalna praca kamery. W ogóle każdy obraz zdaje się być dokładnie przemyślany. Przez cały film nie zobaczymy żadnych wesołych kolorów, ani niczego co mogło by dać nadzieję. A i świetne ujęcia aktu zażywania wszelakich używek dokładają swoją cegiełkę do budowania wielkiej pustki.

Pustki której nie wypełnią nam dialogi. Jest ich tutaj dokładnie tyle ile trzeba, znacznie mniej niż w przeciętnym filmie. Dlatego też każde wypowiedziane zdanie, każde słowo zdaje się mieć swoją wagę.

Trzeba też wspomnieć, że większość najbardziej zapadających w pamięć scen jest wspierana przez muzykę. W całym ‘Requiem dla snu’ usłyszymy tylko jeden motyw muzyczny, delikatnie zmieniany, w zależności od ilości dramaturgii jaką ma wnieść. Wydawać by się mogło, że to nie wystarczy, by zbudować odpowiedni klimat. A jednak – pomimo, że muzyka nas nie zaskakuje, to za każdym razem wywołuje takie samo uczucie, którego nie da się opisać słowami.

Właściwie nieważne, ile zalet wymienię – i tak będzie to za mało. Taki film, to w dzisiejszym kinie prawdziwe zjawisko. Nie tylko zresztą w kinie, bo i w świecie, w którym z każdej strony w gazecie, z każdego programu w telewizji, z każdego bilboardu ktoś się do nas uśmiecha, gdzie zadawać by się mogło nie ma miejsca, ani tym bardziej czasu na smutek. Dlatego też po jego zakończeniu możemy mieć uczucia negatywne. Bądź co bądź, narusza on przecież naszą złudną wizję szczęśliwej rzeczywistości. Ja gdy go pierwszy raz obejrzałem uważałem, że tak tragiczny film jest niedopuszczalny. Jednak jednocześnie miałem świadomość, że obejrzałem coś wielkiego. Dzisiaj pozostała we mnie tylko ta świadomość i uznanie dla Aronofskiego. I słusznie, bo w końcu ‘Requiem dla snu’ to już klasyka.

czwartek, 22 listopada 2007

Las Vegas parano

Wkrótce (w weekend?) wrzucę tu recenzję kultowego już 'Requiem dla snu'. A póki co coś innego w klimatach uzależnień i narkotyków: 'Las Vegas parano'.



tytuł oryginalny:
Fear and Loathing in Las Vegas
gatunek:
dramat, komedia
reżyseria:
Terry Gilliam
scenariusz:
zdjęcia:
Nicola Pecorini
muzyka:
Paul Anka, Michael Kamen, Ray Cooper
obsada:
Johnny Depp Johnny Depp Raoul Duke
Benicio Del Toro Benicio Del Toro Dr Gonzo
Cameron Diaz Cameron Diaz Jasnowłosa pani reporter
Christina Ricci Christina Ricci Lucy

od lat: 21
czas trwania: 118 minut
cena DVD: brak danych :|
moja ocena: 4/6


Większość z Was pewnie pierwszy raz o tym filmie słyszy. Ja do nie dawna też o nim zbyt wiele nie wiedziałem, właściwie nic poza tym, że coś takiego jak 'Las Vegas parano' (polski tytuł, oryginalny to: 'Fear and Loathing in Las Vegas') istnieje. W sumie gdy zaczynałem go oglądać wiedziałem tylko jeden szczegół więcej - gra w nim Johnny Depp. Tak więc na początek może trochę o fabule.

Są lata 70.. Dziennikarz sportowy - Raoul Duke - wybiera się w podróż do Las Vegas, by zrelacjonować przebieg pewnego wyścigu przez pustynię. Dla towarzystwa bierze ze sobą swojego prawnika- Dr. Gonzo. Nie brzmi za ciekawie, prawda? No to teraz małe zaskoczenie - przez chyba cały film oboje są pod wpływem wszelkich możliwych używek jakie wymyślono i cytując film można by powiedzieć: 'There was evidence in this movie of excesive consumption of almost every tye of drug known to civilized man since 1544'. Nie jest więc niespodzianką, że z relacji z wyścigu zbyt wiele nie wyjdzie.

Ale to mało istotne. Autorzy skupili się raczej na ukazaniu świata oczami głównego bohatera, a ten jak się można domyślić jest bardzo interesujący i barwny. No bo jaki ma być, gdy ma się w bagażniku walizkę wszelakich narkotyków i żyje się w latach siedemdziesiątych?

W cały ten szalony świat jesteśmy wprowadzani przez narratora, którym jest główny bohater. I tutaj pierwszy plus dla 'Las Vegas parano' - głos Johnnego Deppa pasuje do tej roli jak ulał. Chociaż z biegiem czasu przestaje robić wrażenie, to na początku z pewnością pozwala lepiej wczuć się w paranoiczny klimat filmu.

W sumie to szkoda, że tylko na początku jest on tak intrygujący, bo im dłużej film trwa, tym bardziej wszystko staje się nudne i monotonne, bo w końcu jak długo można oglądać dwóch naćpanych kolesi? No ale trzeba przyznać, że poniżej pewnego poziomu, pomimo kilku słabszych momentów, ten film nie schodzi.

Pewnie duża w tym zasługa świetnego duetu aktorskiego: Depp - del Toro. Szczególnie ten pierwszy zasługuje na słowa uznania - to już kolejny film w którym wcielił się w postać nie do końca normalną i zrobił to rewelacyjnie. Jak dla mnie to jeden z najlepszych aktorów (o ile nie najlepszy) naszych czasów.

I chociaż wydawać by się mogło, że wszystko jest takie, jakie być powinno, to niestety aż tak różowo nie jest. Bo w filmie - jak w życiu - nie można przedawkować. A po seansie jesteśmy trochę tym wszystkim przesyceni . Gdyby trwał choć trochę dłużej stałby się po prostu nudny jak flaki z olejem.

Nie zmienia to faktu, że warto go obejrzeć. Mi osobiście w trakcie oglądania kilkakrotnie kojarzył się z 'Pulp Fiction', chociaż to skojarzenia bardzo luźne. Bliżej mu już do 'How high' które przyszło mi do głowy, gdy pisałem tą recenzję. Chociaż to oczywiście z tym też za wiele wspólnego nie ma. Ale zamiast po raz kolejny śmiać się z tych samych dowcipów w 'How high' lepiej sięgnąć po coś nowego (chociaż starszego), równie narkotycznego, ale w czym możemy (jeśli tylko chcemy) doszukać się jakiegoś głębszego sensu. A jeśli nie, to i tak powinno nam się spodobać. W każdym razie mi się podobało.
 

Premiera miesiąca:

Premiera miesiąca
Tytuł: 'Wszystko, co kocham'

premiera: 15.01.2010


gatunek: dramat

reżyseria: Jacek Borcuch

scenariusz: Jacek Borcuch

obsada: Olga Frycz, Andrzej Chyra, Mateusz Kościukiewicz, Katarzyna Herman