Wszyscy trąbią, że wakacje to sezon ogórkowy, więc i ja tak chyba powinienem. Ale zamanifestuję to inaczej - rekordowo krótkim przeglądem premier. Raz, że oszczędzę Wam czytania w te piękne, słoneczne dni, dwa sam za chwilkę wyjeżdżam na tydzień, smażyć się na Półwyspie Helskim, trzy nie ma czego polecać.
Chyba najbardziej na wyróżnienie zasługuje 'Kac Vegas' (premiera: 07.08.2009), która ma zaskakująco dobre zwiastuny i przyzwoitą obsadę.
Mnie osobiście zaintrygowali też 'Wezwani' (premiera: 28.08.2009). Czyli kolejny horror z Hiszpanii. Po dwóch zeszłorocznych mam wobec niego spore oczekiwania.
Nie zabraknie też rozrywki dla dużych dzieci - 'G. I. Joe: Czas Kobry' (premiera: 07.08.2009) to kolejna historia (po Transformersach) inspirowana zabawkami, natomiast 'Załoga G' (premiera: 14.08.2009), to kolejna w te wakacje animacja, tym razem o chomikach ratujących świat.
Jeśli ubóstwiacie Madonnę, a nie macie biletu na koncert w Warszawie, możecie wybrać się do kina na 'Mądrość i seks' (premiera: 07.08.2009), czyli reżyserski debiut tej pani, który zapewne będzie równie żenujący, jak ona sama.
Dla fanów kina akcji będzie też druga część '13 dzielnicy' (premiera: 28.08.2009), natomiast miłośnicy dramatów powinni rzucić okiem na 'Bez mojej zgody' (premiera: 21.08.2009)(na prawdę intrygująca fabuła!).
od lat: 16 czas trwania: 88 minut moja ocena: 4,5/6
To już chyba nowa moda w kinematografii. Gdy 2 lata temu Tarantino i Rodriguez wskrzeszali kino klasy B w wydaniu wysokobudżetowym prawdopodobnie nie sądzili, że szybko znajdą swoich naśladowców. I chociaż ich 'Grindhouse' nie osiągnął spodziewanych wyników w Box Office, to jednak producenci odkryli nową nisze - wysokobudżetowe produkcje utrzymane w kiczowatej tendencji. Na fali tego właśnie trendu powstał brytyjski film o wszystkomówiącym tytule - 'Lesbian Vampire Killers'. Oczekujecie jednak trochę więcej informacji na temat fabuły? Bardzo proszę:
Dawno, dawno temu, gdzieś w otchłaniach Hadesu, zrodziła się Carmila, Wampirza Królowa. Carmila od mężów preferowała białogłowy, a gdy wdziękiem swym uwiodła Ewę, wybrankę Barona, ów Baron zirytowany postanowił ją zgładzić. Niestety, ostatkiem sił swych Carmila zdołała rzucić na niego klątwę, głoszącą iż od tej pory każda dziewoja kończąca 18 lat w wiosce, w której się znajdowali przemieniać się będzie w wampirkę-lesbijkę. Dodatkowo gdy posoka ostatniego z rodu Barona pomiesza się z dziewicy posoką, Ona powstanie na nowo. I co się dzieje? Dwóch kretynów przyjeżdża do owej wioski, w celach poznawczych (głównie poznawać chcą kobiece ciała). Jeden z nich oczywiście jest 'ostatnim z rodu'. Znajdzie się tam też dziewica i jej koleżanki (już nie dziewice). Jest mroczny las, jest też ksiądz prowadzący krucjatę przeciw wampirkom.
Schematyczne? A co tam! Przecież nikt tego dla fabuły nie ogląda. Tutaj liczy się przede wszystkim dobra zabawa. I wierzcie mi lub nie, ja się bawiłem całkiem przednio. To przede wszystkim za sprawą humoru. Ostatnimi czasy jego brytyjska odmiana zdaje się co raz bardziej mi odpowiadać, a tu jej nie brakowało. Chociaż niewyszukane dowcipy w stylu 'Eurotripu' też się znalazły (jak choćby z Mieczem Dildo), to jednak, co ważne, potrafiły rozśmieszyć. Zresztą ich większość pochodziła z ust Fletcha, a szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie tego filmu bez niego.
Pozostałe postacie, co tu dużo mówić - są. Owszem na kilka niewiast miło popatrzeć, ale to wszystko. Aktorstwem nikt tu nie powala, Andrew Lee Pottsjest, jako Jimmy jest dość drętwy, ale i tak lepszy niż Nicolas Cage w jakiejkolwiek roli. Jeśli koniecznie kogoś miałbym wyróżnić, postawiłbym na Paula McGanna wcielającego się w księdza , chociaż to raczej zasługa bardzo dobrze napisanej roli. Trochę szkoda, że zabrakło w obsadzie osoby tak wyrazistej jak Wray w 'Planet Terror'.
Trzymając się porównania do 'Planet Terror' nie było też tak wciągającej akcji. Właściwie pod koniec filmu przestało mnie interesować to co się dzieje, bo wszystko i tak zmierzało do oczywistego finału. Jedyne na co czekałem, to jakieś śmieszne teksty. Film ten można by było przyciąć ze spokojem o jakieś 20 minut, no ale wtedy miałby coś koło godziny. I dlatego momentami oglądając miałem wrażenie, że scenarzyści pisząc myśleli: 'w sumie to można by już przejść do meritum, ale będzie za krótko, to niech się jeszcze wróci po coś tam'. Ni to zaskakujące, ni zabawne, a już na pewno niepotrzebne.
Wracając do pozytywów, 'Lesbain Vampire Killers' było całkiem przyjaźnie zmontowane. Te wszystkie przejśćia między scenami i podpisy trochę jak w 'Heroesach' (serialu w sensie) nadawały odpowiedniego charakteru. Nie zabrakło też kilku niezapomnianych motywów, jak choćby dziewczyny mówiącej ciągle 'yaaaa' i wilkołaka geja! Wręcz urocze.
Ale oczywiście nie każdemu muszą się tego typu żarty podobać. Mało tego, jestem przekonany, że większości osób się ten film nie spodoba. W końcu nie każdy lubi świadomie oglądać produkcje z założenia ocierające się o kicz i absurd. Nie mniej jednak warto spróbować. Tym bardziej jeśli do gustu przypadł Ci 'Planet Terror', szanse na dobrą zabawę podczas 'Lesbian Vampire Killers' się zwiększają.
Na ogół, po każdej Nocy Kina dzieliłem się wrażeniami na temat minimum jednego obejrzanego tam filmu w formie recenzji. Tym razem zbiorczo, krótkie opinie o wszystkich trzech, które udało mi się zobaczyć. Ale najpierw kilka słów o imprezie ogółem. Generalnie wszystko było zorganizowane ładnie i sprawne. Dziwi mnie tylko, że w jednym Multikinie (Stary Browar) plecak musiałem oddać do depozytu, a w drugim (51) nie. Trochę bezsensu sprawa, bo o ile ktoś nie chce wnosić alkoholu, to z innymi napojami wspierającymi przetrwanie móc wejść powinien. W porównaniu do poprzednich edycji nic mnie raczej nie zirytowało, co bez wątpienia jest plusem. Mimo, że jakaś muzyka na korytarzu w Starym Browarze leciała, to nie zakłócała seansu, jak to bywało w przeszłości, a i ludzie sprawiali wrażenie bardziej cywilizowanych. Chociaż motywu ze sprzedawaniem piwa (chyba bezalkoholowego, ale jednak) w kinie nie zczaję nigdy. Co mnie jeszcze cieszy, to że wytrwałem (prawie) całą noc, mimo nie sprzyjających okoliczności dni poprzednich. A teraz meritum:
Obywatel Milk - moja ocena 4,5/6 - Najlepszy film jaki widziałem minionej nocy. Chociaż szału nie ma, to jednak obejrzeć było warto. Można powiedzieć, że to taki ciąg dalszy (poprzednio oglądałem 'Frost/Nixon') poznawania historii Ameryki oczami filmowców. I zastanawiam się, czy w Polsce nie ma bohaterów, których można by zaprezentować w filmie nie tworząc przesiąkniętego patosem badziewia? Wracając do samego Milka, uwagę zwracało rewelacyjne aktorstwo. I to nie tylko oscarowy Sean Penn zachwycił, ale także Josh Brolin i Emilie Hirsch.
Tajne przez poufne - moja ocena 4/6 - Moje kolejne spotkanie z braćmi Coen, których uważam za najbardziej przereklamowane zjawisko hollywodzkie. Swojego zdania nie zmieniłem. Piać z zachwytu nie będę, bo nie tarzałem się ze śmiechu przez cały film. Tylko momentami, ale za to szczerze. Główna tu zasługa Johna Malkovica i Brada Pitta, którzy to byli prowodyrami większości zabawnych sytuacji. Co jeszcze do mnie dotarło przy okazji tego filmu? Że Tilda Swilton potrafi grać tylko wyrachowane bure suki. W innej roli jej jeszcze nie widziałem. Wychodzi na to, że to jedna z tych aktorek, które grają siebie (pozdrowienia dla Niki ;) ). I jeszcze jeden minus 'Tajnych...' - aktorzy tam grający nie stali się w moich oczach swoimi bohaterami, tylko pozostali aktorami. Chociaż wiem, że częściowo siebie parodiowali.
Gomorra - moja ocena 2/6 - To była totalna pomyłka. Przed połową filmu wyszła jakaś 1/4 sali. W tym ja. Na ogół oglądam filmy do końca, a jak nie to ich nie oceniam. Tu czynię wyjątek, a to dlatego że mam wrażenie, że rozumiem co autor miał na myśli, tylko totalnie to do mnie nie trafia. Miała być mafia taka jaka jest, bez kolorowania i ok, wyszło. Tylko nie rozumiem dlaczego zabrakło jakichś interesujących historii. Nie widzę powodu, dla którego miałbym oglądać przez ponad 2 godziny coś, co totalnie nie potrafi zainteresować. O wiele ciekawsze jest już polskie dresiarstwo (chociaż poziom intelektualny podobny).
Ponieważ pora jest dość wczesna, spałem jakieś 3 h, tak więc składnia czy coś może trochę kuleć. Liczę na zrozumienie ;)
Kolejna recenzja, tym razem moja (żeby nie było, że się innymi wysługuję :P ). Nie będę się w tym wstępie rozpisywał, w sumie nie ma o czym. Miłego czytania i komentowania.
tytuł oryginalny: Devil Wears Prada gatunek: komedia, dramat reżyseria: David Frankel scenariusz:
od lat: 12 czas trwania: 109 minut cena DVD:38,90 moja ocena: 4/6
"Jeśli twoje życie prywatne rozsypie się to znaczy, że już czas na awans". Takie motto prezentuje „Diabeł ubiera się u Prady”. Może nie jest to zbyt oryginalne, wszak motyw przyjaciół którzy zostali zaniedbani przez zapracowane osoby mogliśmy oglądać już nie raz, jednak oglądając film Davida Frankela nie przeszkadza to nam ani trochę (zresztą czego to w kinie nie mogliśmy zobaczyć?). Być może dlatego, iż w zasadzie jest to tylko poboczny wątek.
Ramą do całej opowieści jest historia Andrei, która będąc tuż po studiach usiłuje zdobyć pracę w jakiejkolwiek gazecie, by zdobyć doświadczenie. Przez zupełny przypadek trafia do redakcji magazynu „Wybieg”, którego naczelna jest wyrocznią w sprawach mody. Oczywiście jest ona typową złą szefową, bezwzględną tyranką, na myśl o której każdy pracownik drży. Andrei nie łatwo będzie przestawić się z dość spokojnej, mającej gdzieś to, czy w tym sezonie króluje kolor turkusowy, czy szaro-bury, spokojnej dziewczyny napodążającą za trendami, super asystentkę. Gdy w końcu jej się to uda, jej życie wcale nie stanie się prostsze, z powodów, o których wspomniałem powyżej.
Jednak to nie o poboczne historie z utraconymi przyjaciółmi i przelotnymi romansami tu chodzi. Cała fabuła to przede wszystkim perypetie Andrei związane z jej pracą. Reszta to tylko dodatek. Wydawać by się mogło, że w tym dodatku będzie trzeba pokładać nadzieje na coś ciekawego, bo w końcu co to za przyjemność oglądać jak jakieś dziewczę użera się z szefową i spełnia jej wszystkie zachcianki. No faktycznie, teoretycznie niewielka.
Sęk w tym, że to całe ‘użeranie się’ jest podane w wyśmienitej formie. Na pochwałę zasługują tu przede wszystkim dialogi, które są napisane wręcz rewelacyjnie. Nie brakuje tu sarkastycznego humoru i ciętych ripost . Jednak czymże były by dialogi, gdyby wypowiadał je jakiś przeciętny aktorzyna? Odpowiedź może być tylko jedna - niczym. Na szczęście odtwórczyniom głównych ról – Meryl Streep (szefowa „Wybiegu” – Miranda) oraz Anne Hathaway (Andrea) do przeciętności daleko, dlatego też ich spotkania i rozmowy sąozdobą tego filmu. Co prawda ogólne zachwyty nad kreacją aktorską pani Streep są troszkę przesadzone, jednak nie zmienia to faktu, że zagrała na wysokim poziomie. Z aktorów wyróżnić trzeba też Stanleya Tucci w roli Nigela. Widać role troszkę zniewieściałych facetów mu leżą - podobną postać grał w „Zatańcz ze mną”.
O ile dialogi na pewno w dużej mierze są zasługą książki Lauren Weisberger na której film się opiera, tak nie można tego powiedzieć o muzyce, która stanowi dla nich doskonałe tło. Do ścieżki dźwiękowej wybrano utwory w większości nowe, usłyszymy kilka znanych z list przebojów piosenek, wszystkie idealnie pasujące do wielkomiejskiego krajobrazu.
Mówiąc o krajobrazie nie mogę nie wspomnieć o Nowym Yorku. Dla mnie to był taki cichy bohater tego filmu – świetne zdjęcia i montaż umożliwiły ukazanie go jako miasta nowoczesnych, zabieganych ludzi. Ile w tym prawdy nie wnikam, liczy się to, że do całości pasowało to idealnie.
Na koniec o wadach słów kilka. Przede wszystkim trochę niepotrzebnie w końcówce skupiono się na tych nieszczęsnych wątkach pobocznych, o których wspominam już chyba trzeci raz. To połączenie love-stroy i motywu olanych przyjaciół nic dobrego nie przynosi. Ani nie jest to oryginalne, ani nie jest ciekawe, a na domiar złego ogranicza ilość spotkań Mirandy z Andreą.
Nie ma co jednak narzekać, te nieszczęsne momenty nie trwają zbyt długo. I chociaż całość prowadzi do dość przewidywalnego finału, to i tak czuć w tym filmie powiew świeżości. Cieszy również to, że pod przykrywką lekkiej opowiastki film przemyca głębsze spojrzenie na dzisiejsze zabiegane społeczeństwo. Czy warto poświęcać wszystko karierze? Dla większości odpowiedź jest oczywista. Jeśli ktoś ma jednak jakieś wątpliwości, niech koniecznie obejrzy „Diabła”. Zresztą, jeśli ich nie ma, też niech to zrobi.
Mała niespodzianka - recenzja 'Bułgarskiego pościkku' napisana nie przeze mnie, ale przez Hazego. Mi jakoś zabrakło woli do zrecenzowania tego filmu, ale całe szczęście dzięki Hazemu o nim usłyszycie :) Ja od siebie napiszę tylko, że zarówno z filmem, jak i z recenzją warto się zapoznać.
Ciężko mi się zabrać do pisania o "Bułgarskim", względem tego, że od pierwszego seansu wiedziałem, że mam do czynienia z dziełem kultowym. Owo dziewicze zetknięcie nastąpiło zresztą w miejscu i w gronie jak najbardziej sprzyjającym do narodzin takiej trochę undergroundowej legendy, do poznawania jej od odpowiedniej, specyficznej strony. A było to drogie dzieci na pierwszym moim wyjeździe w góry w celu pojeżdżenia na nartach (wyszło na to, że wolę parapet). Tam też my, czasami w towarzystwie starszego kuzyna Harasiów (wiadomo, taka osoba to dla czternasto-czy-ile-to-tam-było-latka boss, więc pamięta się jego obecność i te komentarze na temat nowego "Władcy Pierścieni", którego jeszcze nikt nie widział: "Nooo, super to i tamto zrobili") jeździliśmy na nartach, zagraliśmy pamiętny sezon w CM-a, który rozgrywaliśmy od 23 do 6 rano jeśli dobrze pamiętam (wygrałem wtedy ligę, heh), no i zapodawaliśmy filmy. O ile dobrze pamiętam, byłem jedynym, który nie znał "Bułgarskiego", więc czekałem niecierpliwie widząc podnietę zgromadzonych. No to się doczekałem. Generalnie rzadko mi się zdarza śmiać się tak mocno jak wtedy w trakcie filmu, i to, uwaga, przez bite 50 minut, zresztą widziałem "Bułgarski" już miliard razy i nadal nie ma opcji, żebym się nie uśmiechnął (jako dorosły człowiek przecież nie mogę tarzać się po ziemi, nie?) przy co drugiej scenie. A cóż to takiego? - Spyta niezorientowany użytkownik. Hmm, powiedzmy, że "Bułgarski" to sztandarowy przykład tego jak powinno wyglądać kino offowe a nawet coś więcej, właściwie dużo więcej. Z tymże mówiąc w tym przypadku "kino offowe" (na którym, tak jak na filmach w ogóle, znam się tylko troszeczkę, celem "recenzji" jest wyłącznie lans i skłonienie czytających do sięgnięcia po omawiany film, pozdrawiam) nie mam na myśli filmów o trudnym życiu mieszkańców polskich blo(g)kowisk lub takich co nie mają żadnych mieszkań, ale radosnej, "młodzieńczej", nazwijmy to, komediowej twórczości. W definicji "radosnego offu" powinny znaleźć się jeszcze takie pojęcia jak: nawiązania i przede wszystkim parodia filmów, najlepiej akcji, dowcipne dialogi i fajna fabuła (niekoniecznie). Jak się ma do tego "Bułgarski"? Może od fabuły zacznę. W przeciwieństwie do większości tworów Z.F. Skurcz (chętnie bym przybliżył resztę twórczości tych ziomków, ale po co jak jest fajnie napisana historia na ich stronie, youtube z większością krótszych produkcji oraz pewien tajemniczy link) "Bułgarski" miał przygotowaną wcześniej fabułę, czyt. nie był robiony na spontanie. Nie jestem do końca pewien czy warto ją szczegółowo streszczać czy coś bo to nie o to loto, dość powiedzieć, że w trakcie trwania filmu bułgarska milicja będzie musiała odzyskać skradziony mikrofilm, kompromitujący ich wydział. W tym celu przylecą do Polski i nie bacząc na rozmaite przeszkody spróbują zdobyć przedmiot oraz będą musieli zlikwidować zdrajców, którzy przyłączyli się do wrogiego, wstrętnego reżimu. Skurcze (zwłaszcza w swoich pierwszych produkcjach) wyraźnie pokazują swoje zamiłowanie do kina klasy B, tandetnych horrorów i innych takich. "Bułgarski" nie jest wyjątkiem, choć w swoim najwybitniejszym dziele zespół filmowy jakby dopracował (lol, popatrzcie na "dopracowane" pejsy) krwawe sceny etc. Brak tu na przykład tej nachalnej i legendarnej rurki ze "Szczęścia w nieszczęściu", choć równie legendarna kukła cały czas się pojawia, zawsze wykorzystana w mistrzowski sposób. Tak więc krew się leje, ale czego się spodziewaliście po tajnej misji bułgarskiej milicji? Sceny takie jak te z cegłą-gąbką i "-Gdzie pobiegł? -Tam" sprawiają, że nie mowy o bezmózgiej sieczce (jak w "Piłach ileś" czy innych gównach) przeciwnie, powodują spazmy śmiechu i wprawiają w zadumę oglądającego film któryś raz: (za pierwszym nie wychwyci się wszystkiego, są na to dowody) Jak na to wpadli? No właśnie: "Bułgarski" kipi aż od świetnych, wydawałoby się nienadzwyczajnych pomysłów vide puszczanie od tyłu taśmy na której bohaterowie idą (bądź biegną, w tym miejscu trzeba pochwalić wyśmienite sceny pościgowe) tyłem, i jakkolwiek to brzmi - wychodzi ekstra. Wszystkie te smaczki tworzą specyficzny klimat dzięki, któremu film różni się od większości rzeczy choćby produkcji samych Skurczów. Klimat tym bardziej nieuchwytny, że na załapanie go wymagany jest pewien rodzaj poczucia humoru. Wartość komediowa filmu oprócz specyficznego humoru wynika również z totalnej powagi aktorów (choć nie zawsze, "coś śmiesznego mi się przypomniało", heh), niby poważnej fabuły i, last but not least, niedopracowań i śmiechów zza kamery. Skoro o poczuciu humoru to jedno słowo: dialogi. Jeden klasyk za drugim, wspaniałe uzupełnienie wspomnianych wcześniej aspektów filmu. Momentami teksty dosłownie zwalają z nóg i nie pozwalają wstać, mnie osobiście zawsze poraża geniusz dialogu (choć z drugiej strony czymże on by był bez tej gestykulacji, min i złamanej barierki) ze sklepikarzem albo motyw mówienia w innym języku i podpisach: "Moje mieszkanie składa się z łazienki", no kurde. Mistrzostwo omawianego filmu jest trudne do ogarnięcia i prezentacji, zapewne niemożliwością jest dokładne przedstawienie wszystkich elementów składających się na to dzieło. Specjalnie pominąłem wiele motywów, nawiązań etc., zepsułbym wtedy oglądanie filmu (o ile nie zrobiłem tego already, jeśli tak to sorry). Nie napiszę nic odkrywczego na koniec: Dalej, oglądać! Nie wiesz dziewczynko jak zdobyć "Bułgarski"? Jest tutaj razem z wieloma innymi produkcjami Z.F. Skurcz: http://www.skurcz.robbo.pl/filmy.htm Michał "Hazy" Harendarz
Coś mi się wydaje, że znowu zaniedbałem trochę pisanie recenzji ;) Ale cóż, ostatnio jakoś nie mam chęci zbytnio... Nie mniej jednak będę się starał trzymać tak ze 4 na miesiąc. A i z boku macie znów ankietę - głosujcie, bo nie powiem, ale głosy w tej ankiecie dla mnie dość ważne są. I ta jest ostatnia z serii 'Która recenzja...' ;)
od lat: 12 czas trwania: 120 minut cena DVD:36,99 moja ocena: 5/6
Kino czeskie jest bez wątpienia jednym z najbardziej charakterystycznych w całej Europie. Specyficzny humor oraz umiejętność lekkiego spojrzenia na każdy temat, to cechy, które przypisuje się większości produkcji naszych południowych sąsiadów. I to właśnie dzięki nim każdy film zrobiony w Czechach ma niemalże natychmiast grono wielbicieli na całym świecie. Przyznam się szczerze, że ‘Obsługiwałem angielskiego króla’ było moim pierwszym spotkaniem z tym jakże specyficznym rodzajem filmów. Jednak po jego obejrzeniu wiem, że na pewno nie ostatnim. Zanim jednak w pełni przejdę do filmu, kilka słów o inspiracjach reżysera. Film powstał na podstawie książki zmarłego w 1997 roku Bohumila Hrabala. Nie jest to jednak pierwsze spotkanie reżysera – Jiriego Menzla – z prozą czeskiego mistrza. W trakcie całej swojej kariery reżyser ten niejednokrotnie opierał swoje scenariusze na twórczości Hrabala. Efektem tej współpracy jest chociażby klasyka czeskiego kina – „Pociągi pod specjalnym nadzorem” z 1966 roku. Wróćmy jednak do teraźniejszości, czyli do najnowszego dzieła Menzla. Fabuła „Obsługiwałem angielskiego króla” do bardzo skomplikowanych nie należy. Całość sprowadza się do wspomnień pewnego starszego pana, który wyszedł niedawno z więzienia. Wspomnienia te nie są jednak typowe dla kryminalisty. Ich tematem jest jego praca jako kelner w różnego rodzaju restauracjach. Niby nic ciekawego, a jednak „Obsługiwałem angielskiego króla” jest genialne w swojej prostocie. A przy tym bardzo nienachalnie zadaje ambitniejsze pytania, choćby o to, co tak na prawdę może człowieka uszczęśliwić. Nasz bohater na nadmiar szczęścia narzekać w swoim życiu nie mógł - przez swój niski wzrost było mu znacznie trudniej niż innym. Paradoksalnie jednak to jego wzrost kilkakrotnie pomógł mu osiągnąć sukces. I tu pojawia się kolejny paradoks – za każdym razem przez ten sukces tracił swoją pracę. Cała ta opowieść o jego wzlotach i upadkach prowadzona jest w genialny sposób. Tempo jest spokojne, niczym życie w dawnych Czechach. Dzięki temu, że reżyser nie spieszy się w opowiadaniu niemal cały czas odczuwamy sielankową atmosferę. Nawet w czasie II wojny światowej nie zobaczymy walki znanej z polskiej kinematografii. Tam nie ma czołgów na ulicach, nie ma też krwi, a wszyscy są zaskakująco spokojni. Zresztą w filmie pojawia się nawet zdanie, które jakże trafnie charakteryzuje czeski naród: „My, Czesi, nie walczymy”. Budowaniu tej szalenie pozytywnej atmosfery pomaga też główny bohater - Jan Díte. Od samego początku budzi on naszą sympatię, jest prawie zawsze uśmiechnięty, a w dodatku ma twarz na tyle sympatyczną, że nie sposób go nie lubić. I nawet gdy postępuje nie do końca tak, jak na dobrego patriotę przystało, to i tak trudno się od niego odwrócić. Zresztą w końcu spotka go kara. Świetnie dobrano też pozostałych aktorów, a szczególnie pozytywne wrażenie (zarówno pod względem wizualnym, jak i aktorskim) robi żeńska część obsady. Odbija się to znakomicie na atmosferze filmu. Wszystko to składa się na końcowy sukces. Sukces tym bardziej godny podziwu, że ani przez chwilę nie mamy wrażenia, że autor przesłodził. Czeska rzeczywistość około-wojenna jest pokazana realistycznie i z dystansem. Nam - Polakom – pozostaje tylko pozazdrościć takich produkcji. A w oczekiwaniu na to, aż nasi twórcy nauczą się robić lekkie filmy z głębszym przesłaniem możemy poszerzać swoje obeznanie w kinie czeskim. Wszak jeśli wszystkie filmy Menzla są podobne do „Obsługiwałem...” żałować na pewno nie będziemy.
Nie, to nie jest poradnik, tylko recenzja filmu ;) Zresztą pierwsza moja recenzja, która najpierw znalazła się na kinomaniaki.com, a dopiero później na blogu. Dokładniej znajdziecie ją tu, ale ułatwię Wam trochę sprawę i wrzucę ją też na bloga. A tak w ogóle, to głosujcie w ankiecie, bo póki co zostały dwa dni, a rozstrzygnięcia nie ma... Liczę też na komentarze :)
od lat: 12, chociaż powinni tego zabronić czas trwania: 116 minut cena DVD:32,90 moja ocena: 1,5/6
Raz na jakiś czas warto obejrzeć sobie komedię romantyczną. Chociażby po to, by przypomnieć sobie dlaczego tak rzadko je oglądamy. Jest to przecież gatunek lekki, nie wymagający od widza nadmiernego wysiłku intelektualnego, a w dodatku na ogół nie serwujący masy niesmacznych i nieśmiesznych dowcipów, które możemy znaleźć w większości amerykańskich komedii. Dlaczego więc, po ‘Jak stracić chłopaka w 10 dni’ wiem, że sporo wody w Wiśle upłynie, zanim zdecyduję się obejrzeć kolejne amerykańskie love-story? Nie, nie chodzi tu wcale o to, że jestem uprzedzony do tego gatunku. Nic z tych rzeczy, bo np. ‘Jak w niebie’ pokazuje, że można zrobić coś sympatycznego, momentami zabawnego, a nawet trochę nieszablonowego. Niestety ‘Jak stracić chłopka w 10 dni’ nie posiada żadnej z wymienionych cech.
Fabuła z pozoru nie jest nawet zła – facet (Ben) zakłada się, że może uwieść każdą niewiastę, wystarczy dać mu jedynie 10 dni, natomiast kobieta (Andie) musi napisać artykuł, w którym pokaże jak wybranka w tytułowe 10 dni stracić. Traf (a dokładniej dwie rywalki Bena w walce o kontrakt reklamowy) chciał, że dziennikarka i lovelas trafili na siebie i wspólnie się przez te 10 dni męczą.
Zresztą męczą się nie tylko oni. Prawdziwe katorgi przeżywa też widz. Twórcy filmu wyszli chyba z założenia, że na komedii romantycznej wcale śmiesznie być nie musi. I dlatego przez cały film uśmiech na mojej twarzy pojawił się raptem dwa razy. Z romantycznej atmosfery początkowo też chyba zrezygnowano i dzięki temu przez pół filmu nie jest ani śmiesznie, ani romantycznie. Całe szczęście pod koniec atmosfera zaczyna się robić taka, jaka w romansidle być powinna.
Oczywiście, kiedy to co najważniejsze zawodzi można spróbować znaleźć jakieś plusy gdzie indziej. Tylko że w tym przypadku niestety nie ma gdzie. Fabuła tylko w ogólnym zarysie zdaje się być oryginalna, bo niemal każdą pojedynczą scenę już gdzieś mogliśmy zobaczyć. Tym razem również gra aktorów nie wnosi zupełnie nic - Kate Hudson jako Andie jest rozbrajająco nieśmieszna przez cały film. Podobnie zresztą jak Matthew McConaughey w roli Bena. Lepiej prezentują się w scenach romantycznych, ale zachwycać się nie ma czym.
Chyba jedyną zaletą jaką posiada ten obraz jest jego funkcja edukacyjna. Dzięki niemu wszystkie panie mogą dowiedzieć się, czego na ogół faceci nie znoszą. Marna to jednak pociecha dla panów, którzy się na to ‘dzieło’ zdecydują... Tak więc romantyczny wieczór z filmem Donalda Petrie lepiej przemyśleć kilka razy, bo o ile jest cień szansy, że płeć piękną zadowoli, tak ta ‘brzydsza’ część społeczeństwa wynudzi się na nim za wszystkie czasy.
od lat: 21 czas trwania: 118 minut cena DVD: brak danych :| moja ocena: 4/6
Większość z Was pewnie pierwszy raz o tym filmie słyszy. Ja do nie dawna też o nim zbyt wiele nie wiedziałem, właściwie nic poza tym, że coś takiego jak 'Las Vegas parano' (polski tytuł, oryginalny to: 'Fear and Loathing in Las Vegas') istnieje. W sumie gdy zaczynałem go oglądać wiedziałem tylko jeden szczegół więcej - gra w nim Johnny Depp. Tak więc na początek może trochę o fabule.
Są lata 70.. Dziennikarz sportowy - Raoul Duke - wybiera się w podróż do Las Vegas, by zrelacjonować przebieg pewnego wyścigu przez pustynię. Dla towarzystwa bierze ze sobą swojego prawnika- Dr. Gonzo. Nie brzmi za ciekawie, prawda? No to teraz małe zaskoczenie - przez chyba cały film oboje są pod wpływem wszelkich możliwych używek jakie wymyślono i cytując film można by powiedzieć: 'There was evidence in this movie of excesive consumption of almost every tye of drug known to civilized man since 1544'. Nie jest więc niespodzianką, że z relacji z wyścigu zbyt wiele nie wyjdzie.
Ale to mało istotne. Autorzy skupili się raczej na ukazaniu świata oczami głównego bohatera, a ten jak się można domyślić jest bardzo interesujący i barwny. No bo jaki ma być, gdy ma się w bagażniku walizkę wszelakich narkotyków i żyje się w latach siedemdziesiątych?
W cały ten szalony świat jesteśmy wprowadzani przez narratora, którym jest główny bohater. I tutaj pierwszy plus dla 'Las Vegas parano' - głos Johnnego Deppa pasuje do tej roli jak ulał. Chociaż z biegiem czasu przestaje robić wrażenie, to na początku z pewnością pozwala lepiej wczuć się w paranoiczny klimat filmu.
W sumie to szkoda, że tylko na początku jest on tak intrygujący, bo im dłużej film trwa, tym bardziej wszystko staje się nudne i monotonne, bo w końcu jak długo można oglądać dwóch naćpanych kolesi? No ale trzeba przyznać, że poniżej pewnego poziomu, pomimo kilku słabszych momentów, ten film nie schodzi.
Pewnie duża w tym zasługa świetnego duetu aktorskiego: Depp - del Toro. Szczególnie ten pierwszy zasługuje na słowa uznania - to już kolejny film w którym wcielił się w postać nie do końca normalną i zrobił to rewelacyjnie. Jak dla mnie to jeden z najlepszych aktorów (o ile nie najlepszy) naszych czasów.
I chociaż wydawać by się mogło, że wszystko jest takie, jakie być powinno, to niestety aż tak różowo nie jest. Bo w filmie - jak w życiu - nie można przedawkować. A po seansie jesteśmy trochę tym wszystkim przesyceni . Gdyby trwał choć trochę dłużej stałby się po prostu nudny jak flaki z olejem.
Nie zmienia to faktu, że warto go obejrzeć. Mi osobiście w trakcie oglądania kilkakrotnie kojarzył się z 'Pulp Fiction', chociaż to skojarzenia bardzo luźne. Bliżej mu już do 'How high' które przyszło mi do głowy, gdy pisałem tą recenzję. Chociaż to oczywiście z tym też za wiele wspólnego nie ma. Ale zamiast po raz kolejny śmiać się z tych samych dowcipów w 'How high' lepiej sięgnąć po coś nowego (chociaż starszego), równie narkotycznego, ale w czym możemy (jeśli tylko chcemy) doszukać się jakiegoś głębszego sensu. A jeśli nie, to i tak powinno nam się spodobać. W każdym razie mi się podobało.