Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 sierpnia 2009

Przegląd sierpniowych premier kinowych

Wszyscy trąbią, że wakacje to sezon ogórkowy, więc i ja tak chyba powinienem. Ale zamanifestuję to inaczej - rekordowo krótkim przeglądem premier. Raz, że oszczędzę Wam czytania w te piękne, słoneczne dni, dwa sam za chwilkę wyjeżdżam na tydzień, smażyć się na Półwyspie Helskim, trzy nie ma czego polecać.

Chyba najbardziej na wyróżnienie zasługuje 'Kac Vegas' (premiera: 07.08.2009), która ma zaskakująco dobre zwiastuny i przyzwoitą obsadę.

Mnie osobiście zaintrygowali też 'Wezwani' (premiera: 28.08.2009). Czyli kolejny horror z Hiszpanii. Po dwóch zeszłorocznych mam wobec niego spore oczekiwania.

Nie zabraknie też rozrywki dla dużych dzieci - 'G. I. Joe: Czas Kobry' (premiera: 07.08.2009) to kolejna historia (po Transformersach) inspirowana zabawkami, natomiast 'Załoga G' (premiera: 14.08.2009), to kolejna w te wakacje animacja, tym razem o chomikach ratujących świat.

Jeśli ubóstwiacie Madonnę, a nie macie biletu na koncert w Warszawie, możecie wybrać się do kina na 'Mądrość i seks' (premiera: 07.08.2009), czyli reżyserski debiut tej pani, który zapewne będzie równie żenujący, jak ona sama.

Dla fanów kina akcji będzie też druga część '13 dzielnicy' (premiera: 28.08.2009), natomiast miłośnicy dramatów powinni rzucić okiem na 'Bez mojej zgody' (premiera: 21.08.2009)(na prawdę intrygująca fabuła!).

Oto zwiastun 'Kac Vegas':

Pozdrawiam wakacyjnie :)

środa, 8 lipca 2009

Lesbian Vampire Killers


gatunek:
horror, komedia
reżyseria:
Phil Claydon
scenariusz:
Paul Hupfield, Stewart Williams
zdjęcia:
David Higgs
muzyka:
Debbie Wiseman
obsada:
Silvia Colloca Silvia Colloca Carmilla
Paul McGann Paul McGann Pastor
Andrew Lee Potts Andrew Lee Potts Jimmy
James Corden James Corden Fletch
Ty Glaser Ty Glaser Eva
od lat: 16
czas trwania: 88 minut
moja ocena: 4,5/6


To już chyba nowa moda w kinematografii. Gdy 2 lata temu Tarantino i Rodriguez wskrzeszali kino klasy B w wydaniu wysokobudżetowym prawdopodobnie nie sądzili, że szybko znajdą swoich naśladowców. I chociaż ich 'Grindhouse' nie osiągnął spodziewanych wyników w Box Office, to jednak producenci odkryli nową nisze - wysokobudżetowe produkcje utrzymane w kiczowatej tendencji. Na fali tego właśnie trendu powstał brytyjski film o wszystkomówiącym tytule - 'Lesbian Vampire Killers'. Oczekujecie jednak trochę więcej informacji na temat fabuły? Bardzo proszę:

Dawno, dawno temu, gdzieś w otchłaniach Hadesu, zrodziła się Carmila, Wampirza Królowa. Carmila od mężów preferowała białogłowy, a gdy wdziękiem swym uwiodła Ewę, wybrankę Barona, ów Baron zirytowany postanowił ją zgładzić. Niestety, ostatkiem sił swych Carmila zdołała rzucić na niego klątwę, głoszącą iż od tej pory każda dziewoja kończąca 18 lat w wiosce, w której się znajdowali przemieniać się będzie w wampirkę-lesbijkę. Dodatkowo gdy posoka ostatniego z rodu Barona pomiesza się z dziewicy posoką, Ona powstanie na nowo. I co się dzieje?
Dwóch kretynów przyjeżdża do owej wioski, w celach poznawczych (głównie poznawać chcą kobiece ciała). Jeden z nich oczywiście jest 'ostatnim z rodu'. Znajdzie się tam też dziewica i jej koleżanki (już nie dziewice). Jest mroczny las, jest też ksiądz prowadzący krucjatę przeciw wampirkom.

Schematyczne? A co tam! Przecież nikt tego dla fabuły nie ogląda. Tutaj liczy się przede wszystkim dobra zabawa. I wierzcie mi lub nie, ja się bawiłem całkiem przednio. To przede wszystkim za sprawą humoru. Ostatnimi czasy jego brytyjska odmiana zdaje się co raz bardziej mi odpowiadać, a tu jej nie brakowało. Chociaż niewyszukane dowcipy w stylu 'Eurotripu' też się znalazły (jak choćby z Mieczem Dildo), to jednak, co ważne, potrafiły rozśmieszyć. Zresztą ich większość pochodziła z ust Fletcha, a szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie tego filmu bez niego.

Pozostałe postacie, co tu dużo mówić - są. Owszem na kilka niewiast miło popatrzeć, ale to wszystko. Aktorstwem nikt tu nie powala, Andrew Lee Pottsjest, jako Jimmy jest dość drętwy, ale i tak lepszy niż Nicolas Cage w jakiejkolwiek roli. Jeśli koniecznie kogoś miałbym wyróżnić, postawiłbym na Paula McGanna wcielającego się w księdza , chociaż to raczej zasługa bardzo dobrze napisanej roli. Trochę szkoda, że zabrakło w obsadzie osoby tak wyrazistej jak Wray w 'Planet Terror'.

Trzymając się porównania do 'Planet Terror' nie było też tak wciągającej akcji. Właściwie pod koniec filmu przestało mnie interesować to co się dzieje, bo wszystko i tak zmierzało do oczywistego finału. Jedyne na co czekałem, to jakieś śmieszne teksty. Film ten można by było przyciąć ze spokojem o jakieś 20 minut, no ale wtedy miałby coś koło godziny. I dlatego momentami oglądając miałem wrażenie, że scenarzyści pisząc myśleli: 'w sumie to można by już przejść do meritum, ale będzie za krótko, to niech się jeszcze wróci po coś tam'. Ni to zaskakujące, ni zabawne, a już na pewno niepotrzebne.

Wracając do pozytywów, 'Lesbain Vampire Killers' było całkiem przyjaźnie zmontowane. Te wszystkie przejśćia między scenami i podpisy trochę jak w 'Heroesach' (serialu w sensie) nadawały odpowiedniego charakteru. Nie zabrakło też kilku niezapomnianych motywów, jak choćby dziewczyny mówiącej ciągle 'yaaaa' i wilkołaka geja! Wręcz urocze.

Ale oczywiście nie każdemu muszą się tego typu żarty podobać. Mało tego, jestem przekonany, że większości osób się ten film nie spodoba. W końcu nie każdy lubi świadomie oglądać produkcje z założenia ocierające się o kicz i absurd. Nie mniej jednak warto spróbować. Tym bardziej jeśli do gustu przypadł Ci 'Planet Terror', szanse na dobrą zabawę podczas 'Lesbian Vampire Killers' się zwiększają.

piątek, 3 lipca 2009

'Epoka lodowcowa 3: Era dinozaurów' premierą lipca

Zawsze, gdy przychodzi lato, przychodzi też narzekanie. I wcale nie myślę tu o pogodzie, która w tym roku robi wszystko, żeby wieszać na niej psy, a o repertuar kinowy. Bo w tzw. sezonie ogórkowym na srebrnych ekranach pojawia się o wiele więcej komercji niż w miesiącach zimowo-wiosennych. Ale czy na prawdę są powody do narzekań, jeśli ta komercha jest tak zachęcająca, jak w tym miesiącu? Potencjalnych hitów jest co najmniej kilka, a dla mnie najbardziej interesująco prezentuje się 'Epoka lodowcowa 3: Era dinozaurów' (premiera: 01.07.20009).

Myślę, że tej animacji przedstawiać nikomu nie muszę - w końcu to obok Shreka najbardziej rozpoznawalna animowana seria w 3D. W trzeciej odsłonie spotkamy się z tą samą paczką znajomych - będzie Sid, Diego, Manny i oczywiście Wiewiór. Ale, ale - ponieważ to właśnie ten ostatni wielbiciel orzeszków jest chyba źródłem sukcesu dwóch poprzednich części, twórcy filmu postanowili wykorzystać jego fenomen i serię wzbogacić o postać Wiewióry! Czy wyjdzie im to na zdrowie możemy przekonać się tylko w kinach. Ja nie lubię tego typu 'rewolucji'. Dodam tylko, że ta animacja, jak zresztą większość tych made in USA w ostatnich miesiącach będzie możliwa do zobaczenia w 3D oraz w postaci normalnej.

Pozostając w klimatach produkcji skierowanych do młodszej widowni, warto zwrócić uwagę na najnowszego 'Harrego Pottera' (premiera: 24.07.2009). Tym razem, w szóstej już odsłonie, młody czarodziej będzie zmagał się z Księciem Półkrwi. Ciekaw jestem jak autorzy scenariusza i reżyser poradzą sobie z co raz większą mrocznością serii, która postępuje z części na część. Jeśli najnowszy Potter będzie zbyt ugłaskany z pewnością zakończy się porażką, może nie tyle finansową, ile artystyczną. Ale czy to kogoś interesuje? W końcu od dawna wiadomo, że Hollywood i pieniądze to niemal synonimy.

A pieniądze można zdobywać na różne sposoby, nie tylko adaptując książkowe bestsellery, ale też szokując cały świat. Taką strategię obrał Sacha Baron Cohen wcielając się w postać geja-projektanta o imieniu 'Bruno' (premiera: 10.07.2009). Rozrywkę otrzymamy zapewne na podobnym poziomie jak w 'Boracie', czyli niewyszukane żarty z głębszą myślą. W wakacje ujdzie.

W kategorii rozrywki dla mas, w lipcu mamy jeszcze 'Adrenalinę 2. Pod napięciem' (premiera: 24.07.2009). Pierwszą część kiedyś tam oglądałem i nic już z niej nie pamiętam. Totalne nic. Druga jest ponoć jeszcze bardziej bezmózga, ale też akcji jest więcej. Gratka przede wszystkim dla fanów gatunku.

Ale spokojnie, nie samymi wysoko budżetowymi produkcjami lipiec stoi. Trochę w tym zasługi polskich dystrybutorów, którzy na ekrany naszych kin wpuszczają (nie)regularnie klasyki kina światowego. I tak na ten miesiąc przypadły re-premiery dwóch filmów: 'Hair' (premiera: 31.07.2009) i 'Gabinet doktora Caligari' (premiera: 10.07.2009). Ten pierwszy jest hippisowskim musicalem reżyserowanym przez Milosa Formana, natomiast drugi zalicza się do klasyki horroru. I chociaż jest filmem niemym, to zapewniam, że takie kino również potrafi wprowadzić widza w odpowiedni klimat.

Nie tylko klasyką musi żyć w tym miesiącu fan horrorów. Będą jeszcze co najmniej dwie produkcje spod znaku grozy warte uwagi - pierwsza to 'Egzorcyzmy Dorothy Mills' (premiera: 17.07.2009). Cudów nie ma się co spodziewać, na pewno nie będzie to nic na poziomie 'Egzorcyzmów Emily Rose', jednak warto zauważyć, że to kino europejskie (francusko-irlandzkie), a po zeszłym roku horrory ze Starego Kontynentu mają markę bardzo dobrą. Wystarczy wspomnieć choćby [Rec], czy Sierociniec. Jeśli 'Egzorcyzmy Dorothy Mills' choć w niewielkim stopniu zbliżą się poziomem straszenia do któregoś z tych obrazów, będę w pełni usatysfakcjonowany.

Z filmów mrocznych mamy również 'Horsemen - jeźdźcy Apokalipsy' (premiera: 10.07.2009). Tematy apokaliptyczne im bliżej roku 2012, tym bardziej wydają się być interesujące, jednak spokojnie, to nie jest żadna makabra z apokalipsą w tle. Bardziej coś w klimatach 'Siedem', gdyż podobnie jak w tym legendarnym thrillerze mamy mordercę, który podąża biblijną drogą Czterech Jeźdźców Apokalipsy. Na szałowe wykonanie jednak bym nie liczył.

W lipcu warto też zwrócić uwagę na rewelacyjnie obsadzonych 'Wrogów publicznych' (premiera: 17.07.2009) z Johnnym Deppem i Marion Cottilard, oraz chilijski dramat zbierający całkiem pochlebne recenzje - 'Służąca' (premiera: 17.07.2009)

Na zakończenie tradycyjnie zwiastun:

piątek, 23 listopada 2007

1408

Miała być recenzja 'Requiem...' jest coś innego. Świeżo po premierze recenzja '1408'. Ale obiecane 'Requiem dla snu' też się wkrótce pojawi, jak nie w ten, to w następny weekend.



gatunek:
horror
reżyseria:
Mikael Hafstrom
scenariusz:
Matt Greenberg, Larry Karaszewski
zdjęcia:
Benoît Delhomme
muzyka:
Gabriel Yared
obsada:
John Cusack John Cusack Mike Enslin
Samuel L. Jackson Samuel L. Jackson Gerald Olin
Mary McCormack Mary McCormack Lily Enslin
Jasmine Jessica Anthony Jasmine Jessica Anthony Katie
od lat: 15
czas trwania: 112 minut
cena DVD: 41,49 zł
moja ocena: 4,5/6


Pokój w hotelu to dziwne miejsce. Nie chodzi mi tu o to, że różne rzeczy się w nim mogą dziać i różnych ludzi można w nim spotkać. Raczej mam na myśli to, że jako jedno z niewielu miejsc inspiruje filmowców na skrajnie różne sposoby. Z jednej strony mamy przecież wiele komedii rozgrywających się w hotelowym zaciszu, jak choćby serial BBC 'Hotel Babylon', a z drugiej, ze względu na swoją nierzadką odludność i specyficzny klimat, hotele wzbudzają też grozę , jak np. w klsyce gatunku - 'Lśnieniu' Kubricka. Podobnie jest w '1408'.

Kto by się spodziewał, że w centrum Nowego Yorku, w jednym z lepszych hoteli tego miasta, znajduje się pokój, który kryje tak mroczne historie, że dyrektor hotelu (w tej roli Samuel L. Jackson) postanowił zabronić jego wynajmowania. Jego plany jednak wzięły w łeb, gdy autor przewodników po nawiedzonych miejscach (John Cucack) postanawia obalić mit tego pokoju, podobnie jak obalał mity wszystkich innych tego typu miejsc. Oczywiście ducha w życiu na oczy nie widział, więc i w nie nie wierzy. Nie trudno się domyślić, że będzie musiał szybko zmienić zdanie na temat zjawisk paranormalnych.

I tu pojawia się pierwszy i chyba największy minus tej produkcji. Mianowicie jak na osobę która w nie jednym nawiedzonym domu spała daje się on strasznie szybko przestraszyć i to w dość banalny sposób. Chyba nawet on zaczyna bać się zanim na dobre zacznie widz. Trochę to mało to wiarygodne...

Na szczęście im dalej film trwa tym jest lepiej. Nie będę wspominał o tym co się działo zanim nasz pisarz (czyli Mike Enslin) znalazł się w pokoju, bo w sumie nie ma o czym pisać. Wszystko co działo się przed jego pojawieniem się w hotelu było nieudolną próbą wytworzenia klimatu grozy.

Jednak gdy Mike pojawia się w Hotelu Dolphin zaczyna się prawdziwa uczta. Zanim wielkie straszenie się zacznie, obejrzymy jedną z lepszych scen w filmie, w której dyrektor hotelu będzie próbował namówić pisarza by wybrał inny pokój. Mistrzowski pokaz gry aktorskiej ze strony L. Jacksona wraz z dialogami na poziomie wyższym niż średnia horrorowa i zaczynamy odczuwać pożądane napięcie.

Oczywiście w porównaniu do tego co nas czeka tamta scena to nic specjalnego. Straszeni jesteśmy na wszelkie możliwe sposoby. Tak więc zobaczymy nie tylko triki znane w kinie grozy od lat. Autorzy pokuszą się też o parę świeżych zagrań. Szkoda tylko, że największą panikę i to zarówno w umyśle głównego bohatera, jak i w naszym sieją te starsze chwyty. Nowsze motywy sprowadzają się głównie do pogłębiania psychologicznego postaci. Ja osobiście dałem się temu przekonać (motyw z córką - Katie, graną przez dziewczynkę wyglądającą jakby była stworzona do grania w horrorach) dopiero pod koniec filmu. No ale lepiej późno niż wcale.

Bardzo pozytywnym zaskoczeniem było dla mnie to, że krwi praktycznie w tu nie zobaczymy. A jak już jest to przynajmniej nie leje się z ludzi. Przy obecnym trendzie, w którym horror gdzie nie ma flaków to nie horror jest to bardzo miła odmiana. Dobrze wiedzieć, że są na świecie ludzie którzy pamiętają, że żeby wystraszyć nie wystarczy zrobić z filmu rzeźnię. Trzeba zbudować coś takiego jak klimat, a postacie nie mogą być puste jak sklepy za komuny.

To wszystko zdaje się wiedzieć reżyser. I chociaż gdyby nie opowiadanie Stephena Kinga, to '1408' by nie powstało, to i tak Michaelowi Hafstromowi należą się brawa za odwagę, że spróbował zrobić coś wbrew obecnym trendom. Wyszło całkiem przyzwoite straszydło, na pewno jeden z inteligentniejszych filmów grozy ostatnich czasów, zawieszony gdzieś między horrorem, a thrillerem, na który bez wątpienia warto iść do kina. Bo tam mroczny klimat pokoju na 13 piętrze będzie można odczuć 10 razy bardziej, niż w domowym zaciszu.

czwartek, 15 listopada 2007

'Nosferatu, symfonia grozy' czyli klasyka horroru w Zamku

Jak widać po tytule posta coś dla fanów horroru. W najbliższą środę, 21.11.07 godz. 19.30 w Sali Wielkiej odbędzie się pokaz 'Nosferatu, symfonia grozy'. Ja od siebie powiem tylko, że raz ten film prawie zobaczyłem - prawie, bo pół ekranu mi ludzie zasłaniali, a napisy były po niemiecku... Film jest jakby kto pytał niemy ;D Data produkcji 1922. Ale tyle ile widziałem pozwoliło mi się zainteresować tą produkcją bardziej. Tak więc jak ktoś chętny, to niech napisz w komentarzach, czy odezwie się jakkolwiek inaczej. Ceny biletów podanej nie znalazłem, więc pewnie za free :D

sobota, 3 listopada 2007

Planet Terror

To zaczynamy - obiecana recenzja 'Grindhouse: Planet Terror'. Wszelkie uwagi mile widziane :)


tytuł oryginalny:

Planet Terror
gatunek:
akcja, horror, sci-fi
reżyseria:
Robert Rodriguez
scenariusz:
Robert Rodriguez
zdjęcia:
Robert Rodriguez
muzyka:
Graeme Revell, Robert Rodriguez, Carl Thiel
obsada:
Rose McGowan Rose McGowan Cherry
Freddy Rodríguez Freddy Rodríguez Wray
Michael Biehn Michael Biehn Szeryf Hague
Jeff Fahey Jeff Fahey J.T.
Josh Brolin Josh Brolin Dr William Block
Marley Shelton Marley Shelton Dr Dakota Block
od lat: 18
czas trwania: 105 minut
cena DVD: 24,90
moja ocena: 5/6


Na ten film wszyscy fani duetu Tarantino-Rodriguez czekali z niecierpliwością. Niecierpliwością tym większą, że pierwsza część Grindhouse’u (‘Death Proof’), pozwalała mieć nadzieję na coś równie mistrzowskiego. I chociaż ‘Planet Terror’ swojego filmu-bliźniaka nie przebija to i tak powinniśmy wyjść z kina zadowoleni.

Oczywiście nie ma co się nastawiać na coś podobnego do produkcji Tarantino. Fakt, obaj twórcy składają hołd kinu klasy D i bawią się nim, jednak robią to w zupełnie innym stylu. I zdaje się, że więcej zabawy w zabawie znajdziemy u Rodrigueza. Już sama fabuła igra z całą masą filmów o zombie (przede wszystkim z tymi, które mają „żywe trupy” w tytule). Oryginalnością więc nie grzeszy:

Oto w jednym z teksańskich, spokojnych miasteczek zaczyna dziać się coś niepokojącego - ludzie zgłaszają się do szpitala (tu akurat już wcześniej działy się dziwne rzeczy) z nietypowymi ranami. Jak się wkrótce okazuje rany te są wynikiem działania zombie, a każdy ugryziony po pewnym czasie przeobraża się potwora, chyba że wcześniej zostanie zjedzony. Jedyna nadzieja dla ludzkości w nielicznej grupce ocalałych z beznogą ex-tancerką go go – Cherry (Rose McGowan) i jej ex-chłopakiem Wray’em.

Cała masa ściągniętych z innych filmów rozwiązań nie powinna przeszkadzać, jeśli ktoś orientuje się trochę w kinie exploitation. Wie on wtedy, że nie o oryginalność tu chodzi. Fabuła jest tylko środkiem do zszokowania jak największą ilością krwi, flaków, mózgów i innych wnętrzności. I to udaje się Rodriguezowi kapitalnie. Co więcej epatuje on przemocą na tyle umiejętnie, że pomimo, iż niektóre sceny niejednokrotnie przekraczają granicę dobrego smaku film chce się oglądać, a same brutalne sceny są nawet w stanie dostarczyć nam sporo rozrywki, a nawet śmiechu.

Jednak gdyby film nie prezentował sobą nic innego, tylko bezmózgą (biorąc pod uwagę niektóre fragmenty filmu, określenie jak najbardziej trafione) jatkę, nie był by w stanie nawet zbliżyć się poziomem do ‘Death Proof’. A tak, poza anormalnie dużym nagromadzeniem kiczu i krwi na jedną klatkę mamy kilka niespodzianek.

Pierwszą z nich mogą być genialne wręcz dialogi. Do tej pory wydawać by się mogło, że niedoścignionym mistrzem w tej dziedzinie jest Quentin Tarantino. Po obejrzeniu ‘Grindhouse vol. 2’ możemy z całą pewnością stwierdzić, że Robert Rodriguez sporo się od swojego przyjaciela nauczył. I jeśli porównywać by ‘Death Proof’ i ‘Planet Terror’ pod tym względem, to ta druga produkcja swojego poprzednika deklasuje. Chociaż oczywiście do ‘Pulp Fiction’ jeszcze trochę brakuje

Warto podkreślić, że za świetnymi dialogami stoją też rewelacyjne sceny, z jeszcze lepszymi motywami. Kurtka Wray’a, termometr doktora William’a Block’a czy rozmaite ‘talenty’ potrafią nieźle rozbawić swoją absurdalnością. Dowcipów zresztą jest tu pełno, w dodatku podanych w przeróżnych formach, z groteską i czarnym humorem na czele. Widać, że Rodriguez musiał się świetnie bawić podczas kręcenia tego filmu.

Zresztą podobną frajdę z grania musieli mieć też aktorzy, tak się przynajmniej wydaje po obejrzeniu filmu. Nie znaczy to wcale, że zagrali źle – wręcz przeciwnie! Widać, że godziny spędzone na oglądaniu filmów klasy D sprawiły, że każdy wczuł się w swoją rolę znakomicie. I chociaż trudno tu kogoś konkretnie wyróżnić mi najbardziej w pamięci został Freddy Rodriguez jako Wray. Nie potrafię sobie wyobrazić, żeby ktoś zagrał jego postać jeszcze lepiej. Na ogromne wyróżnienie zasługuje też odtwórczyni roli Cherry - Rose McGowan. Narzeczona Roberta Rodrigueza z pewnością nie miała łatwego zadania – na planie musiała poruszać się ze specjalną konstrukcją, by później jej ruchy z karabinem-nogą były bardziej wiarygodne. I opłaciło się! W jej delikatnej nieporadności podczas przemieszczania się jest coś tak ujmującego, że aż się chce powiedzieć ‘I like the way you move’!

Poza wspomnianym duetem wyróżniłbym doktora Blocka, czyli Josha Brolina. Jego gra, szczególnie w szpitalnej części filmu, sprawia że zaczynamy doceniać naszą polską służbę zdrowia. Warto też zwrócić uwagę na jego filmowego synka – Tony’ego. W rzeczywistości jest on synem samego Roberta Rodrigueza, tak więc ostatnia scena z jego udziałem może szokować.

Ciut gorzej niż całość prezentuje się ścieżka dźwiękowa do tej produkcji. Jeśli rozpatrywać ją jako osobną płytę, do słuchania w domu nie ma się zbytnio czym zachwycać, poza rewelacyjnym głównym tematem muzycznym i ciekawą interpretacją piosenki „Too drunk to fuck” w wykonaniu Rose McGowan. Pozostałe utwory, w większości autorstwa reżysera, opierają się w dużej mierze na tym samym motywie. Podczas oglądania „Planet Terror” to jednak nie przeszkadza, ba, w zestawie z filmem ta muzyka wydaje się o wiele lepsza niż jest w rzeczywistości.

Jeszcze gorzej niż strona dźwiękowa prezentuje się strona wizualna. Z tym że to akurat duży plus, bo o to chodziło. Stylizacja taśmy na bardzo zużytą wyszła sto razy lepiej w drugiej części Grindhouse’u – jest zdecydowanie bardziej zniszczona, a w dodatku wiąże się z nią jeszcze jedna niespodzianka, ciekawsza niż zmiana kolorów na czarno-białe, czy nagłe zniknięcie fragmentu, które otrzymaliśmy w ‘Death Proof’.

Wielu z Was chciałoby zapewne wiedzieć, czy reżyserzy ‘Grindhouse’ pokusili się o jakieś dodatkowe smaczki, łączące ich produkcje. Otóż można się doszukać pewnych podobieństw, jednak nie ma ich zbyt wiele, a w dodatku trudno je przeoczyć.

I na koniec słów kilka o czymś co generalnie z ‘Planet Terror’ wspólnego ma niewiele, ale jednak leci bezpośrednio przed nim – zwiastunie ‘Machete’ (niestety otrzymujemy tylko jeden zwiastun, ale za to ten który jest ponoć najlepszy). Zapowiedź ta miała z założenia zachęcać do obejrzenia dzieła fikcyjnego, którego nie ma, nie było i nie będzie. Stało się tak, że ten krótki filmik wyszedł kapitalnie, a historia w nim opowiedziana jest na tyle dobra, że prawdopodobnie powstanie pełnometrażowy film na jego podstawie. Jeśli reżyserował by go Rodriguez moglibyśmy mieć pewność, że dostaniemy dzieło wybitne. Ale ktokolwiek stworzy ‘Machete’ trzeba to będzie zobaczyć.

Jak widać na „Planet Terror” wybrać się warto, a nawet trzeba. Pozycja ta, ze względu na projekt „Grindhouse”, niewątpliwie jest już kultowa. Niestety nie oznacza to, że każdemu przypadnie do gustu. Jednak jeśli ktoś jest w stanie pojąć dlaczego dzieło to ma tak makabryczny charakter i nie straszne są my żadne flaki, czy inne wnętrzności z kina powinien po seansie czuć się usatysfakcjonowany.

 

Premiera miesiąca:

Premiera miesiąca
Tytuł: 'Wszystko, co kocham'

premiera: 15.01.2010


gatunek: dramat

reżyseria: Jacek Borcuch

scenariusz: Jacek Borcuch

obsada: Olga Frycz, Andrzej Chyra, Mateusz Kościukiewicz, Katarzyna Herman