Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Quentin Tarantino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Quentin Tarantino. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 grudnia 2009

'500 dni miłości' premierą grudnia

Oto i on - długo oczekiawny (przynajmniej przez Szymalana ;) ) i ostatni w tym roku przegląd premier. Tym razem będzie krótki. Polska to w końcu nie USA i na nasze ekrany w grudniu wchodzą raczej ochłapy, w towarzystwie świątecznych ciepłych filmów, w których uśmiechnięci Amerykanie chodzą po sklepach, znajdują prezenty pod swoimi wielkimi choinkami i przy okazji miłość swojego życia. Może trochę przesadzam, bo w tym roku nie dostrzegłem niczego typowo świątecznego w repertuarach kin (poza Reniferem Niko, który jednak miał premierę w listopadzie). Za to kilka filmów jest godnych naszej uwagi. Ja najbardziej czekam na '500 dni miłości' (premiera: 04.12.2009).

Niektórzy mogą być zaskoczeni, bo swojej niechęci do produkcji romantycznych raczej nie ukrywam. Ale co poradzę, że z każdej strony dochodzą mnie słuchy (m.in. od Loli i Menetherisa), że ta jest inna. I ja w to wierzę. Historia faceta, który po rozstaniu ze swoją miłością postanawia przeanalizwoać swoje 500 dni w związku ma według mnie potencjał. I bije od niej jakieś ciepło, które daje mi nadzieję, na niespodziankę pokroju 'Once', czy chociaż 'Małej miss'. Poprzeczka jest wysoko, zobaczymy czy '500 dni miłości' ją przeskoczy.

Pewnie większość z Was przeciera oczy ze zdumienia, że coś zdołało wyprzedzić 'Avatar' (premiera: 25.12.2009). Cóż, to chyba już też kilka razy pisałem - sci-fi to nie moja bajka. Poza tym nie wierzę tym wszystkim zapewnieniom, że to będzie jakaś rewolucja w historii kina itepe. W mojej całej ignorancji nie widziałem nawet zwiastuna tej produkcji! Tak więc w moich oczach Cameron ze swoim dziełem obroni się tylko wtedy, jeśli stworzy coś na prawdę godnego. W jego przypadku, poprzeczka jest jeszcze wyżej niż w przypadku '500 dni miłości', więc większa szansa że ją strąci.

Ostatnio zauważyłem, że z plakatów co raz częściej spogląda na mnie 'Mikołajek' (premiera: 04.12.2009). Nie chodzi mi tu wcale o tego świętego, ale o małego chłopca z książki René Goscinnego. Co prawda trochę nie trafia do mnie fakt zrobienia z tego filmu aktorskiego. Jakoś Mikołajek nierozłącznie kojarzy mi się z kreską Jean-Jacques Sempéi i ciężko będzie to zmienić, tym bardziej, że Maxime Godart (tytułowy Mikołajek) głównej roli nie bardzo mi go przypomina.

I to by było w zasadzie na tyle, jeśli chodzi o premiery ważne, komercyjne i z potencjałem. Teraz pora przejść do niszy - 'Królik po berlińsku' (premiera: 04.12.2009) się poleca. Może być to smaczne danie - jest to dokument (a ten gatunek w tym roku się dla mnie odczarowuje) o czasach podziału Europy, czasach wznoszenia Muru Berlińskiego. Ciekawostką jest jednak, że film naśladuje przyrodniczą produkcję, jednak to ludzie, a nie króliki są tu ponoć najważniejsze. Pokręcone to trochę, ale interesujące.

To tyle jeśli chodzi o kino ambitne. Na zakończenie chciałem wrócić jeszcze do dwóch produkcji komercyjnych, które od tych z drugiego i trzeciego akapitu odróżnia to, że raczej nie mają potencjału. Pierwsza - 'Zombieland' (premiera: 04.12.2009) naśmiewa się z (na pewno nikt na to nie wpadł...) zombie. Ogólnie nie liczę na wyszukany humor, raczej gagi w stylu szedł i ucięli mu głowę. Zawsze to jakieś inne podejście do tematu, niż standardowe z horrorów (szedł i zjadły go zombie). Jest też druga ciekawostka - 'Hell Ride' (premiera: 25.12.2009). Film sygnowany nazwiskiem Tarantino, który ma z tą produkcją wspólnego tyle, że... jego nazwisko pojawia się na plakacie. Nadzieja jednak jest w końcu Quentin byle gówna by nie polecał. Ostatnio za jego radą obejrzałem 'Oldboya' i był to zdecydowanie dobry wybór.

I jeszcze jedna rzecz mi się przypomniała. Oficjalna premiera to nie jest, film o którym chcę wspomnieć trafia po raz pierwszy do kin w Poznaniu. W zasadzie do jednego kina, na jeden pokaz - Multikino 51 we wtorek 08.12.2009 o 19.30 wyemituje 'Zabić sędziego'. Tytuł ten to dokument, poprzednio można było go oglądać na WFF. A o czym opowiada? O kulisach pracy sędziów na Euro 2008. A kto jest w nim główną postacią i skąd się wziął tytuł domyślcie się sami ;) Ja mam zamiar skorzystać z okazji i z owym dziełem się zapoznać.

Poniżej zwiastun '500 dni miłości', ale nie wyłączajcie po napisach, pod nim dalsza część notki ;)


***

Z racji, że grudzień to czas podsumowań, nie inaczej będzie i w tym miesiącu u mnie na blogu. Ogólnie rzecz biorąc zapowiada się sporo notek, bo podsumowanie roku zamierzam rozbić na trzy części, co by nie zasypywać Was masą rankingów w jednej notce. Część ostatnia wypadnie jednak dopiero na początku stycznia. A poza tym w grudniu standardowo jedna recenzja, przegląd świątecznych ramówek i podsumowanie świąt. Słowem będzie się tu działo ;)

***

Skoro już o podsumowaniach mowa, to mam jeszcze jedno pytanie. Czy ktoś z Was, koleżanki i koledzy, chciałby gościć na łamach swojego bloga konkurs Srebrne Kadry? W zeszłym roku gościłem go ja, w tym roku marzy mi się większa liczba blogerów biorąca udział w tej zabawie. Ogólnie owe goszczenie polegałoby na tym, że każdy zainteresowany zamieściłby po prostu notkę informującą o tym konkursie, coś w stylu tej mojej zeszłorocznej i jeśli byłby zainteresowany, również wyniki. W zamian może liczyć na reklamę na stronie kinomaniaki.com :) Ogólnie rzecz biorąc, chciałbym po prostu dotrzeć do jak największej liczy potencjalnych uczestników ;) A bardzo możliwe, że każdy uczestnik weźmie udział w losowaniu filmów na dvd :) Póki co chciałbym się po prostu zorientować, czy ktoś w ogóle by na to poszedł. Jeśli zainteresowanie będzie, więcej szczegółów pojawi się w odpowiednim czasie u mnie na blogu :)

niedziela, 20 września 2009

Bękarty wojny


tytuł oryginalny:

Inglourious Basterds
gatunek:
wojenny
reżyseria:
Quentin Tarantino
scenariusz:
Quentin Tarantino
zdjęcia:
Robert Richardson
muzyka:
Ennio Morricone
obsada:
Brad Pitt Brad Pitt Porucznik Aldo Raine
Mélanie Laurent Mélanie Laurent Shoshanna Dreyfus
Christoph Waltz Christoph Waltz Pułkownik Hans Landa
Eli Roth Eli Roth Sierżant Donny Donowitz
Michael Fassbender Michael Fassbender Porucznik Archie Hicox
Diane Kruger Diane Kruger Bridget Von Hammersmark
od lat: 18
czas trwania: 153 minuty
cena DVD: aktualnie w kinach!
moja ocena: 5,5/6


Nein, nein, nein, nein, nein!
Właściwie ten cytat nijak ma się do treści tej recenzji. Po prostu był jedyną rzeczą, która podobała mi się w zwiastunie, więc postanowiłem go wykorzystać. Już bardziej do moich odczuć po seansie pasuje
Yes, yes, yes!
co przyznam szczerze, trochę mnie zaskoczyło. Do nowego dzieła Mistrza Quentina Tarantino podchodziłem bowiem z lekkim dystansem. Nie sądziłem, że przemieli on temat II wojny światowej w swoim stylu na coś lekko strawnego. Bardziej oczekiwałem po prostu sieczki, bez ładu i składu. Ale uderzam się w pierś. Zwątpiłem niepotrzebnie. 'Bękarty wojny' są filmem, który jest kwintesencją tarantinowości. Są w nim rewelacyjne dialogi, porządna muzyka i nawiązania (a nawet powiedziałbym, że zrzynki) z innych filmów. Czyli wszystko to, za co Quentina kochamy. Oczywiście, jest też sporo brutalności, co mnie akurat nie rusza.

Nie można było się spodziewać czegoś innego, po filmie, w którym bohaterami są tytułowe Bękarty, czyli oddział Żydów, który bynajmniej nie działa w prisoner-taking bussines. Oni są w killing-nazi bussines. Swojej powinności nie czynią jednak w sposób zwykły, lecz... po indiańsku skalpując, niemal każdego napotkanego nazistę. Mówienie, że 'Bękarty wojny' są filmem o oddziale pod dowództwem Porucznika Aldo Raine (Brad Pitt) jest jednakże sporym uproszczeniem. W końcu wszystko kręci się wokół zamachu na samego Hitlera, który ma się odbyć podczas premiery propagandowego filmu niemieckiego (swoją drogą niezły gniot:P ), w pewnym francuskim kinie, które należy do pałającej zemstą Żydówki, Shoshanny (Melanie Laurent).

Hola, hola, coś o zemście? Czy to nie było czasem w Kill Billu? Ano było. I zapewne w swoich skojarzeniach będę osamotniony, ale całe 'Bękarty...' wydają mi się dość znaczną przeróbką Kill Billa. Po pierwsze, nawiązanie do westernów w części pierwszej. No tak, zapomniałem wspomnieć, że film składa się z pięciu rozdziałów (w Kill Billu było 10). Kolejne moje skojarzenie budzi muzyka, która w dwóch miejscach jest żywcem wzięta z dyptyku o Zabójczej Pannie Młodej. I wreszcie sam motyw zemsty. Okej, wygląda to wszystko zupełnie inaczej w obu filmach. Ale jednak sam pomysł jest zbudowany na tym samym szkielecie, na którym powstał Kill Bill.

Nie znaczy to oczywiście, że najnowszy film Quentina Tarantino jest w jakiś sposób przewidywalny, czy schematyczny. Na pewno nie! Mało tego, żadne inne dzieło Mistrza nie trzymało mnie tak w napięciu, jak właśnie 'Bękarty wojny'. Sposób rozwiązania całej akcji, przebieg końcowych scen, to są rzeczy, które utrzymują widza na krawędzi krzesła. Ciężko przewidzieć jak cały plan zamachu się zakończy, a tym bardziej jak same końcowe sceny będą wyglądały. Jeśli komuś się to udało, czapki z głów.

Również pod względem aktorskim, jest to najlepszy film Quentina. Trzy kreacje były wręcz zniewalające. Po pierwsze Brad Pitt (w roli Aldo Raine'a). Głównie za sprawą genialnego akcentu (również włoskiego!!!) stworzył na tyle przerysowaną osobowość, że wbija się w pamięć i jest przy tym niezwykle charyzmatyczny. Po drugie Christpoh Waltz (Hans Landa). O tej kreacji powiedziano już wiele, w końcu za tę rolę zdobył Złotą Palmę w Cannes. Zasłużenie. Spokój, wyrachowanie i przede wszystkim nagłe zmiany tonu wypowiedzi połączone z rewelacyjną mimiką. Takie coś warto nagrodzić. Jednak jeszcze bardziej na wszelkie komplementy za swoją grę zasługuje Melanie Laurent (Schoschanna). Ona po prostu miała styl. Wzór kobiety, która została w dzieciństwie zraniona przez Niemców, chowającej urazę, jednocześnie strach i rządzę zemsty. Kto tego wszystkiego na ekranie nie zobaczył niech uda się do okulisty. Ta rola była genialna. Podobnie jak jej czerwona sukienka.

Z czerwoną sukienką zresztą wiąże się moja ulubiona scena z całego filmu. Bardzo banalna, ale za sprawą zdjęć genialna w swojej prostocie (dla wtajemniczonych - pod koniec filmu, gdy Schoschanna siedzi w oknie). Majstersztyk. Zresztą takich boskich ujęć nie brakowało. I nie szkodzi, że podobnie jak wiele innych rzeczy tak i one było dość wtórne. Zdjęcia podkreślały znakomicie klimat, w zależności od sytuacji. I przy okazji sprawiały, że film tak bardzo się podobał. Bo w końcu lubimy te filmy, które już kiedyś widzieliśmy. A właśnie przez sposób filmowania mieliśmy aluzje do klasycznych ujęć z westernów, horrorów, czy też kina gangsterskiego.

Czymże byłyby jednak najwspanialsze obrazy, gdyby nie wspaniała muzyka im towarzysząca. Chociaż nie. Wspaniała to zdecydowanie za dużo powiedziane. Ona jest tylko przyzwoita. W porównaniu do ścieżek z Pulp Fiction, Kill Billa, czy Death Proofa wypada dość blado. Nie chciałbym tu zwalać całej winy na Ennio Morricone, który napisał kilka utworów, ale to właśnie jego kompozycje wprowadzają w tym soundtracku taki stateczny klimat, który nie do końca mi odpowiada. I całe szczęście, że nie napisał całej ścieżki dźwiękowej (bo takie było pierwotne założenie), bo byłoby zbyt monotonne. Tak muzyka jest w miarę zróżnicowana, nadaje się do obrazu idealnie, jednak do posłuchania w domu już mniej.

Co jeszcze wyróżnia ten soundtrack (jeśli mówimy o krążku który można nabyć w sklepach) od innych mu podobnych z filmów Tarantino? Brak dialogów. A szkoda, bo kilka perełek się w filmie znalazło. W zasadzie pod tym względem Tarantino osiągnął chyba perfekcję. Niektóre monologi i dialogi bohaterów w filmie, choć długie (co pewnie nie-fani skrytykują), są GENIALNE. Można wręcz powiedzieć, że dialogi, to jest bingo!

Zdawać by się w zasadzie mogło, że skoro jest tu wszystko tak, jak w pozostałych produkcjach Quentina, tylko bardziej, to będzie to film raczej dla zagorzałych fanów, niż dla całego świata. A tu proszę, kolejne tatantinowskie rekordy Box Office padają z każdym tygodniem. Nie chcę tu się rozwodzić, z czego to wynika, bo dla mnie nie mogło być inaczej. Może to jednak zasługa otoczki, jaka wokół 'Bękartów...' powstała, że to po prostu film wojenny. Bo przecież Death Proof to hołd dla exploitation movie, Kill Bill dla spaghetti westernów, a co to takiego, to już nie każdy widz wie. A jak nie wie to do kina nie pójdzie. Na film wojenny już prędzej. A że to dość niecodzienny film wojenny? Who cares. Ważne, że jest rozpierducha. I chociaż jest ona może nie w co drugiej scenie, to jednak wystarczy. Dla mnie była to najlepsza jatka jaką widziałem w kinie.

Chociaż nie zagwarantuję nikomu, że będzie po seansie zadowolony, mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że 'Bękarty wojny', to jeden z tych filmów, które należy w 2009 roku obejrzeć. Ja już tą powinność mam za sobą, ale do kina raz jeszcze na niego się i tak wybiorę. Bo warto, tym bardziej, że to dopiero druga tegoroczna premiera, która otrzymuje ode mnie 'dziewiątkę' (w skali 10-punktowej). Zresztą, dość owijania w bawełnę - Quentin, wyszło Ci arcydzieło!

niedziela, 6 września 2009

'Bękarty wojny' premierą września i roku ;)

Się dzieje, ludzie, się dzieje! Nie chodzi mi tu wcale o to, że nasi sportowcy (tradycyjnie poza kopaczami) zdobywają worki medali na wszelkiej maści mistrzostwach, nie chodzi mi też o to, że znów się dzieje w szkolnych korytarzach. W kinach się dzieje! Takiego zatrzęsienia premier na naszych ekranach dawno nie było. A tylu obrazów, które zobaczyć trzeba nie przypominam sobie w ogóle. Dla mnie jednak w tym miesiącu nie ma nic ważniejszego (no może poza poprawką z rachunkowości) niż 'Bękarty wojny' (premiera: 11.09.2009).

Dla niewtajemniczonych -to najnowszy film Quentina Tarantino, tego od Pulp Fiction, Kill Billa i Death Proofa. Tym razem jeden z najbardziej charakterystycznych reżyserów naszych czasów serwuje nam krwawą masakrę na nazistach, podczas II wojny światowej, w wykonaniu grupki Żydów. Przyznam jednak szczerze, że podchodzę do owego dzieła z pewnymi obawami. Zwiastuny mnie jakoś na kolana nie rzucają, co więcej pomysł też mnie nie przekonuje. Ale Mistrzowi ufam bezgranicznie - złego filmu przez niego reżyserowanego jeszcze nie widziałem Oby rok 2009 nie był tym rokiem, w którym go zobaczę.

Jeśli jakimś cudem zawiedzie Tarantino, zawsze mogę liczyć na duet Burton - Bekmambetow (wielkie nazwiska w tym miesiącu wchodzą na ekrany, oj wielkie). Dla mnie to dwójka największych współczesnych wizjonerów kina. Ich wyobraźnia zdaje się być nieograniczona, a filmy urzekają obrazem. Oby tak samo było w wyprodukowanej przez nich animacji '9' (premiera: 18.09.2009). Fakt, że producent to nie reżyser, czy scenarzysta, ale jednak liczę na jakieś ich piętno na końcowym filmie. Tym bardziej, że zwiastuny w tym przypadku obiecują sporo.

Zostańmy jeszcze przy wielkich nazwiskach - mamy kolejny Duet, przez duże D. Przed nami już niebawem zaprezentuje się Penelope Cruz w filmie Pedro Almodovara p.t. 'Przerwane objęcia' (premiera: 25.09.2009). Film o miłości, mimo przeszkód. Bo do takich z pewnością można zaliczyć fakt, iż kobieta którą się pokochało jest w związku z milionerem, a w dodatku dorabia jako luksusowa prostytutka. Ja co prawda nie dostrzegam w tym nic nadzwyczajnego, ale fanem Almodovara nigdy nie byłem. Może dlatego.

Żeby nie było, że tylko obce chwalę - w polskiej kinematografii, tudzież w związanej z polską też się dzieje. Dla mnie hitem będą 'Galerianki' (premiera: 25.09.2009). Rzecz o dziewczynkach, nastolatkach, które w zamian za zakupy w galeriach handlowych oferują seks bogatym biznesmenom. Nazywając rzeczy po imieniu, rzecz o nowej formie prostytucji wśród nieletnich. Kreacje aktorskie ponoć zwalają z fotela, a i tematyka jak na polskie realia wyjątkowo odważna.

Z kolei 'Janosik - historia prawdziwa' (premiera: 04.09.2009) zdaje się powielać wszystkie błędy polskiego kina z ostatnich lat. Począwszy od żałosnego tytułu, który w założeniu miał być chyba intrygujący, przez wtórną historię, po udawanie amerykańskiego rozmachu, na który i tak nie ma pieniędzy. I chociaż nazwisko Agnieszki Holland daje nadzieje na kino solidne, ja jednak sobie odpuszczę.

Prędzej obejrzę coś naszego, ale made in USA. Bo oto, we wrześniu na nasze ekrany wchodzą dwa filmy, które równie dobrze moglibyśmy nakręcić w Polsce. Moglibyśmy, ale tego nie zrobiliśmy i kto wie, czy nie wyjdzie nam to na zdrowie. Pierwszy, to 'Balladyna' (premiera: 06.09.2009). Okej, trochę nadużywam tutaj stwierdzenia, że film z Ameryki, bo Polaków w obsadzie więcej, reżyser też z nad Wisły i w ogóle. Ale generalnie przyjęło się mówić, że to film ze Stanów i że to Amerykanie nakręcili taki film, że Słowacki się w grobie przewraca. Ja powiem tak - nie przewraca się, bo nie rusza się już od 200 lat. Sens kręcenia współczesnych wersji dawnych arcydzieł moim zdaniem jest, ale warto by zacząć od bardziej trudnych do przyswojenia. Bo akurat Balladynę czytało się przyjemnie i nie trzeba było uciekać do ekranizacji.

Drugi film, to już produkcja czysto amerykańska. Ale o Polce. Wielkiej Polce, bo takiej, która 'przemyciła' w czasie wojny 2500 dzieci żydowskich z getta na wolność. Mowa tu oczywiście o Irenie Sendlerowej. Film 'Dzieci Ireny Sendlerowej' (premiera: 18.09.2009) cieszy. Przynajmniej mnie, bo wiadomo jak Polacy robią filmy o swoich bohaterach. A tak liczę na ukazanie naszej rodaczki w sposób przystępny dla całego świata. I obym się nie przeliczył.

Zrobiło się trochę poważnie w tej notce. To na rozluźnienie i na zakończenie 4 premiery bardziej rozrywkowe. Dla fanów masakry - 'Oszukać przeznaczenie 4 - 3D' (premiera: 04.09.2009). Wiadomo o co w tym chodzi. Ukazać jak najbardziej pomysłowo sposoby śmierci grupki nastolatków, która uciekła grabażowi spod łopaty, czyli przeznaczeniu. Ponoć całkiem nieźle wygląda efekt 3D. Wierzę na słowo, bo do kina się nie wybieram.

Jest też kino młodzieżowe. Trochę bardziej niszowe niż HSM, czy Zmierzch, bo dopiero dzisiaj usłyszałem o 'Obcych na poddaszu' (premiera: 18.09.2009). Furory pewnie nie zrobi, chociaż na filmwebie ma zastanawiającą ocenę 9,08. A tak swoją drogą, kojarzy mi się to wszystko z Gremlinami, sam nie wiem dlaczego ;)

We wrześniu zadowoleni będą też fani Beyonce - wchodzi nowy film z tą gwiazdą pop - 'Obsesja' (premiera: 18.09.2009) i fani staroci... znaczy klasyki, wchodzi 'Casablanca' (premiera: 25.09.2009). Co do Casablaca'i, przyznam że sam jestem ciekawy tego filmu, bo Przeminęło z wiatrem miło mnie zaskoczyło :)

Na koniec zwiastun 'Bękartów wojny':

(i powiedzcie mi co tu ma zachwycać?!)

czwartek, 31 stycznia 2008

Dzikość serca

Dzisiaj recenzja "Dzikości serca" Davida Lyncha. Za dużo o filmie w tym wstępie nie będę pisał, bo chciałem wspomnieć o czymś innym. Mianowicie pod postem znajdziecie takie gwiazdki na zielonym tle - możecie w ten sposób ocenić jak Wam się ta recenzja podoba. Im bardziej, tym więcej dawajcie gwiazdek ;) Pomoże to ponoć w reklamowaniu bloga, a ja będę wiedział czy piszę dobrze, czy źle ;)
PS. Macie ostatnią szansę, żeby zagłosować na mnie w konkursie na bloga roku (link obok) - nie zmarnujcie jej!


tytuł oryginalny:
Wild at Heart
gatunek:
kryminał, sensacyjny
reżyseria:
David Lynch
scenariusz:
David Lynch
zdjęcia:
Frederick Elmes
muzyka:
David Lynch, Angelo Badalamenti
obsada:
Nicolas Cage Nicolas Cage Sailor Ripley
Laura Dern Laura Dern Lula
Willem Dafoe Willem Dafoe Bobby Peru
J.E. Freeman J.E. Freeman Santos
od lat: 18
czas trwania: 124 minuty
cena DVD: 19,90 zł
moja ocena: 4,5/6

***

Davida Lyncha można albo kochać, albo nienawidzić. Zanim obejrzałem „Dzikość serca” miałem przyjemność zapoznać się z paroma innymi jego dziełami (takimi jak chociażby „Mulholland Drive”, czy „Blue Velvet”), tak więc zdanie o nim miałem już wyrobione. Dla mnie jest to jeden z najlepszych twórców naszych czasów, tworzący kino tak surrealistyczne i zakręcone, że niekiedy nie da się go zrozumieć. Oglądanie jego najnowszych filmów jest sporym wysiłkiem dla naszego umysłu, a ułożenie pojedynczych scen w logiczną całość często graniczy z cudem.

„Dzikość serca” jednak (tu dobra wiadomość dla tych którzy lubią wiedzieć o co chodziło w filmie, który obejrzeli) zrozumieć da się bez większych problemów. Owszem, pojawiają się tu pewne symbole, sceny i motywy, które wprowadzają klimat tajemniczości charakterystyczny właśnie dla kina Lyncha, jednak nie naruszają one spójności fabuły.

A ta sama w sobie zbyt zawiła nie jest. Cała akcja rozgrywa się wokół pary zakochanych –Luli i Sailora. Do romantycznej opowiastki jednak daleko, bo ta dwójka jest poszukiwana przez płatnego mordercę, który ma zlikwidować Sailora. Całą ta pogoń zaaranżowana została przez matkę Luli, której nie podoba się, że jej córka zadaje się z mordercą na przepustce (Sailor już w pierwszej, bardzo brutalnej scenie dokonuje zabójstwa). Jednak cała ta opowieść ma swoje drugie dno...

To dno jednak nie jest tak głęboko, jak by się można tego spodziewać. Bo ten film coś od pozostałych dzieł twórcy „Zagubionej autostrady” odróżnia. Mianowicie jest w nim sporo czarnego humoru, który bierze górę nad mrokiem i tajemniczością. Powiedziałbym nawet (odkrywcze to nie będzie), że film jest dość kiczowaty. Pod tym względem przypomina dość mocno produkcje Tarantino. Dialogi, dobór muzyki oraz przeróżnych motywów przywodzą na myśl tytuły takie jak chociażby. „Pulp Fiction”. O ściągnięciu pomysłów przez Lyncha nie może być tu jednak mowy – Tarantino tworzył ładnych parę lat po „Dzikości serca”. Czyżby więc Quentin znalazł w „Dzikości serca” inspirację?

Być może, jednak to mało istotne. Ważniejsze jest, co z takiego połączenia mroku i kiczu wynika. Mieszanka ta, gdyby trafiła na złego reżysera mogła by zaowocować jakąś karykaturą filmu, której nie dało by się oglądać. Całe szczęście jednak, że David Lynch filmy robić umie. Aktorów dobrał świetnie – odtwórczyni głównej roli żeńskiej – Laura Dern – współpracowała z Lynchem nie po raz pierwszy i widać, że doskonale wie o co temu reżyserowi chodzi. Ja jednak dość sceptycznie podchodziłem do występu Nicolasa Cage’a, którego nie darzę zbytnią sympatią. Ale ku mojemu zdziwieniu był on w swojej roli kapitalny! W czym jak w czym, ale w kiczu potrafi odnaleźć się doskonale (żeby nie było – to jest pochwała).

I wszystko było by ładnie, pięknie, gdyby nie jeden mały szczegół, o którym wspomnieć muszę. Tak jak kiczowatość tego filmu traktuję bez wątpienia jako zaletę, tak co do brutalności którą on epatuje mam mieszane odczucia. Niby to nic dziwnego, szczególnie w dzisiejszych czasach, jednak coś w tym wszystkim było odpychającego. Może jeszcze na same krwawe sceny przymknąłbym oko, jednak często zaraz obok takich scen pojawiały się momenty ‘schizolskie’, czasem też dość mocno erotyczne. I właśnie w tych obrazach było coś odpychającego...

I to te kilka scen sprawiło, że z jednoznaczną oceną miałem spory problem. Niby połączenie Lyncha i Tarantino (moich dwóch ulubionych reżyserów) powinno zapewnić mi przyjemność z oglądania. Ale coś mi w tym wszystkim jednak zgrzytało. Te zgrzyty nie były jednak na tyle mocne, by zniechęcić mnie do tego filmu. I stąd moja ocena jest jak najbardziej pozytywna. Nie wiem komu ten film się spodoba, a komu nie. Wiem za to, że nikt z Was nie pozostanie w stosunku do niego obojętny.

__________

Recenzja dla http://kinomaniaki.com
 

Premiera miesiąca:

Premiera miesiąca
Tytuł: 'Wszystko, co kocham'

premiera: 15.01.2010


gatunek: dramat

reżyseria: Jacek Borcuch

scenariusz: Jacek Borcuch

obsada: Olga Frycz, Andrzej Chyra, Mateusz Kościukiewicz, Katarzyna Herman