Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kitsch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kitsch. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 stycznia 2010

Kitsch Corner: Clash of the Titans

Tym razem Kitsch Corner będzie wyjątkowo na czasie. Nawet nie chodzi mi tu tak bardzo o zbliżającą się premierę remakeu oryginalnego 'Clash of the Titans', który niedługo zawita w naszych kinach, a o 'Avatara' i efekty specjalne nad którymi wszyscy się rozpływają. Dzisiaj wszystko jest piękne, jednak spróbujcie wyobrazić sobie jak to wyglądało 30 lat temu. Przyznam szczerze, gdy zobaczyłem fragmenty 'Zmierzchu tytanów' czułem się zmiażdżony. Nie wiedziałem, czy to żart, czy coś poważnego. Zresztą zobaczcie sami, chociaż zwiastun to i nic w porównaniu z samym filmem.

środa, 30 grudnia 2009

Kitsch Corner: Jack Frost

Co prawda święta już za nami, a zamiast zimy mamy jakby wiosnę (przynajmniej w momencie, w którym to pisałem tak było), ale ja pozostaję w klimacie śnieżno-bożonarodzeniowym. Trailer ku przestrodze, zanim ulepicie następnego bałwana, lepiej dwa razy pomyślcie :D Przed Wami Jack Frost:

piątek, 27 listopada 2009

Kitsch Corner: Atak Mega Karaczanów

Tego jeszcze w kinie nie było. Karaczany atakują! A co to takiego karaczany? Dowiecie się ze zwiastuna, przyznam szczerze, że ja się spodziewałem bardziej jakichś ptaków :P Moja znajomość biologii jest jednak delikatnie mówiąc nie najlepsza ;) Tak swoją drogą, tytuł jest rewelacyjnie przetłumaczony xD



piątek, 30 października 2009

Kitsch Corner: Robo-geisha

Myśleliście, że najbardziej chore pomysły na filmowe koszmarki rodzą się w Zjednoczonych Stanach Ameryki? To źle myśleliście! Zapewniam Was, że nikt w USA nie wpadł na pomysł zrobienia filmu o tak nietypowych (Robo)gejszach.
Co w nich dziwnego? Nie zdradzę, ale już same nazwy bohaterek dają do myślenia - w rolach głównych m.in. Geisha Chainsaw, Geisha Harakiri, Geisha Katana, Geisha Transform (moja ulubiona <3) i masa innych, ciekawych wynalazków :D
Tak więc strzeżcie się moi mili, the war of Geisha begins!

poniedziałek, 28 września 2009

Kitsch Corner: Sense and Sensibility and Sea Monsters

Tym razem trochę niefilmowo będzie, bo to zwiastun książki. Aczkolwiek tylko czekać, aż pewnien wybitny reżyser kina klasy D weźmie się za ekranizację. Pomysł wszak jest wybitny, czerpiący wręcz z klasyki ;) W końcu 'Rozważna i romantyczna', to prawie tak znana powieść jak 'Duma i uprzedzenie'. Swoją drogą, książka 'Pride and Prejudice and Zombie' już też się ukazała :D

piątek, 28 sierpnia 2009

Kitsch Corner: Dead Snow

Z racji zbliżającej się premiery 'Bękartów wojny' postanowiłem wpasować się w klimaty II wojny światowej. Dlatego też w poniższym zwiastunie zobaczycie sporą armię nazistów. Martwych nazistów. Inaczej mówiąc Nazi-Zombie. Pomimo całej swojej groteskowości warto zwrócić na ten film uwagę, choćby dlatego, że swoją premierę miał na najsłynniejszym festiwalu kina niezależnego, w Sundance.
Miłego oglądania,
Ein!
Zwei!
Die!

sobota, 1 sierpnia 2009

Kitsch Corner: Mega Shark vs. Giant Octopus

Z małym poślizgiem, ale jest - Kitsch Corner. Tym razem podwójne uderzenie. Najpierw miażdżąca scena z filmu, później sam zwiastun. Przed Wami pojedynek wszech czasów - 'Mega Shark vs. Giant Octopus'.



środa, 8 lipca 2009

Lesbian Vampire Killers


gatunek:
horror, komedia
reżyseria:
Phil Claydon
scenariusz:
Paul Hupfield, Stewart Williams
zdjęcia:
David Higgs
muzyka:
Debbie Wiseman
obsada:
Silvia Colloca Silvia Colloca Carmilla
Paul McGann Paul McGann Pastor
Andrew Lee Potts Andrew Lee Potts Jimmy
James Corden James Corden Fletch
Ty Glaser Ty Glaser Eva
od lat: 16
czas trwania: 88 minut
moja ocena: 4,5/6


To już chyba nowa moda w kinematografii. Gdy 2 lata temu Tarantino i Rodriguez wskrzeszali kino klasy B w wydaniu wysokobudżetowym prawdopodobnie nie sądzili, że szybko znajdą swoich naśladowców. I chociaż ich 'Grindhouse' nie osiągnął spodziewanych wyników w Box Office, to jednak producenci odkryli nową nisze - wysokobudżetowe produkcje utrzymane w kiczowatej tendencji. Na fali tego właśnie trendu powstał brytyjski film o wszystkomówiącym tytule - 'Lesbian Vampire Killers'. Oczekujecie jednak trochę więcej informacji na temat fabuły? Bardzo proszę:

Dawno, dawno temu, gdzieś w otchłaniach Hadesu, zrodziła się Carmila, Wampirza Królowa. Carmila od mężów preferowała białogłowy, a gdy wdziękiem swym uwiodła Ewę, wybrankę Barona, ów Baron zirytowany postanowił ją zgładzić. Niestety, ostatkiem sił swych Carmila zdołała rzucić na niego klątwę, głoszącą iż od tej pory każda dziewoja kończąca 18 lat w wiosce, w której się znajdowali przemieniać się będzie w wampirkę-lesbijkę. Dodatkowo gdy posoka ostatniego z rodu Barona pomiesza się z dziewicy posoką, Ona powstanie na nowo. I co się dzieje?
Dwóch kretynów przyjeżdża do owej wioski, w celach poznawczych (głównie poznawać chcą kobiece ciała). Jeden z nich oczywiście jest 'ostatnim z rodu'. Znajdzie się tam też dziewica i jej koleżanki (już nie dziewice). Jest mroczny las, jest też ksiądz prowadzący krucjatę przeciw wampirkom.

Schematyczne? A co tam! Przecież nikt tego dla fabuły nie ogląda. Tutaj liczy się przede wszystkim dobra zabawa. I wierzcie mi lub nie, ja się bawiłem całkiem przednio. To przede wszystkim za sprawą humoru. Ostatnimi czasy jego brytyjska odmiana zdaje się co raz bardziej mi odpowiadać, a tu jej nie brakowało. Chociaż niewyszukane dowcipy w stylu 'Eurotripu' też się znalazły (jak choćby z Mieczem Dildo), to jednak, co ważne, potrafiły rozśmieszyć. Zresztą ich większość pochodziła z ust Fletcha, a szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie tego filmu bez niego.

Pozostałe postacie, co tu dużo mówić - są. Owszem na kilka niewiast miło popatrzeć, ale to wszystko. Aktorstwem nikt tu nie powala, Andrew Lee Pottsjest, jako Jimmy jest dość drętwy, ale i tak lepszy niż Nicolas Cage w jakiejkolwiek roli. Jeśli koniecznie kogoś miałbym wyróżnić, postawiłbym na Paula McGanna wcielającego się w księdza , chociaż to raczej zasługa bardzo dobrze napisanej roli. Trochę szkoda, że zabrakło w obsadzie osoby tak wyrazistej jak Wray w 'Planet Terror'.

Trzymając się porównania do 'Planet Terror' nie było też tak wciągającej akcji. Właściwie pod koniec filmu przestało mnie interesować to co się dzieje, bo wszystko i tak zmierzało do oczywistego finału. Jedyne na co czekałem, to jakieś śmieszne teksty. Film ten można by było przyciąć ze spokojem o jakieś 20 minut, no ale wtedy miałby coś koło godziny. I dlatego momentami oglądając miałem wrażenie, że scenarzyści pisząc myśleli: 'w sumie to można by już przejść do meritum, ale będzie za krótko, to niech się jeszcze wróci po coś tam'. Ni to zaskakujące, ni zabawne, a już na pewno niepotrzebne.

Wracając do pozytywów, 'Lesbain Vampire Killers' było całkiem przyjaźnie zmontowane. Te wszystkie przejśćia między scenami i podpisy trochę jak w 'Heroesach' (serialu w sensie) nadawały odpowiedniego charakteru. Nie zabrakło też kilku niezapomnianych motywów, jak choćby dziewczyny mówiącej ciągle 'yaaaa' i wilkołaka geja! Wręcz urocze.

Ale oczywiście nie każdemu muszą się tego typu żarty podobać. Mało tego, jestem przekonany, że większości osób się ten film nie spodoba. W końcu nie każdy lubi świadomie oglądać produkcje z założenia ocierające się o kicz i absurd. Nie mniej jednak warto spróbować. Tym bardziej jeśli do gustu przypadł Ci 'Planet Terror', szanse na dobrą zabawę podczas 'Lesbian Vampire Killers' się zwiększają.

niedziela, 31 maja 2009

Kitsch Corner: Tomb Raider: Tears of the Dragon

Przyznaję się bez bicia, że w tym miesiącu poszedłem trochę na łatwiznę. Wierni czytelnicy zapewne z tym zwiastunem się już zapoznali - w zeszłym miesiącu zapodał go Maxcine w komentarzach. I cóż tu można powiedzieć? Amatorszcyzna pełną gębą. Zero pomysłu na fabułę, zero umiejętości realizatorskich. Ktoś powie, że to produkcja amatorska, że budżet niewielki. W pierwszym przypadku odsyłam również do Maxcine'a, w drugim zapraszam do siebie za kilka dni. W przyszłym tygodniu zaprezentuję tu bardzo dobrze zrealizowaną, amatorską krótkometrażówkę. A tymczasem przed Wami Lara Croft w wersji kicz:



***
Opóźnienie dwudniowe tej notki (KC jest zawsze w ostatni piątek miesiąca) wynika po części z awarii klawiatury, po części ze zbliżającej się sesji, która skutecznie zmniejsza moją aktywność filmową pod każdym względem (oglądanie, pisanie, czytanie). Mam nadzieję, że w czerwcu będzie już lepiej, z pisaniem szczególnie :)

czwartek, 30 kwietnia 2009

Kitsch Corner: Scourge of the Undead

Coś mi się wydaje, że przespałem ostatni piątek miesiąca. Nic jednak straconego,maj tak się pięknie ułożył że pierwszy wypada w piątek, więc starta niewielka. A w przyszły piątek będą zapominane już trochę zapowiedzi premier.
W tym miesiącu w KC coś, co najprawdopodobniej jest fake-trailerem, jednak nie można mu odmówić uroku ;) Panie i panowie, przed Wami Scourge of the Undead:


czwartek, 31 stycznia 2008

Dzikość serca

Dzisiaj recenzja "Dzikości serca" Davida Lyncha. Za dużo o filmie w tym wstępie nie będę pisał, bo chciałem wspomnieć o czymś innym. Mianowicie pod postem znajdziecie takie gwiazdki na zielonym tle - możecie w ten sposób ocenić jak Wam się ta recenzja podoba. Im bardziej, tym więcej dawajcie gwiazdek ;) Pomoże to ponoć w reklamowaniu bloga, a ja będę wiedział czy piszę dobrze, czy źle ;)
PS. Macie ostatnią szansę, żeby zagłosować na mnie w konkursie na bloga roku (link obok) - nie zmarnujcie jej!


tytuł oryginalny:
Wild at Heart
gatunek:
kryminał, sensacyjny
reżyseria:
David Lynch
scenariusz:
David Lynch
zdjęcia:
Frederick Elmes
muzyka:
David Lynch, Angelo Badalamenti
obsada:
Nicolas Cage Nicolas Cage Sailor Ripley
Laura Dern Laura Dern Lula
Willem Dafoe Willem Dafoe Bobby Peru
J.E. Freeman J.E. Freeman Santos
od lat: 18
czas trwania: 124 minuty
cena DVD: 19,90 zł
moja ocena: 4,5/6

***

Davida Lyncha można albo kochać, albo nienawidzić. Zanim obejrzałem „Dzikość serca” miałem przyjemność zapoznać się z paroma innymi jego dziełami (takimi jak chociażby „Mulholland Drive”, czy „Blue Velvet”), tak więc zdanie o nim miałem już wyrobione. Dla mnie jest to jeden z najlepszych twórców naszych czasów, tworzący kino tak surrealistyczne i zakręcone, że niekiedy nie da się go zrozumieć. Oglądanie jego najnowszych filmów jest sporym wysiłkiem dla naszego umysłu, a ułożenie pojedynczych scen w logiczną całość często graniczy z cudem.

„Dzikość serca” jednak (tu dobra wiadomość dla tych którzy lubią wiedzieć o co chodziło w filmie, który obejrzeli) zrozumieć da się bez większych problemów. Owszem, pojawiają się tu pewne symbole, sceny i motywy, które wprowadzają klimat tajemniczości charakterystyczny właśnie dla kina Lyncha, jednak nie naruszają one spójności fabuły.

A ta sama w sobie zbyt zawiła nie jest. Cała akcja rozgrywa się wokół pary zakochanych –Luli i Sailora. Do romantycznej opowiastki jednak daleko, bo ta dwójka jest poszukiwana przez płatnego mordercę, który ma zlikwidować Sailora. Całą ta pogoń zaaranżowana została przez matkę Luli, której nie podoba się, że jej córka zadaje się z mordercą na przepustce (Sailor już w pierwszej, bardzo brutalnej scenie dokonuje zabójstwa). Jednak cała ta opowieść ma swoje drugie dno...

To dno jednak nie jest tak głęboko, jak by się można tego spodziewać. Bo ten film coś od pozostałych dzieł twórcy „Zagubionej autostrady” odróżnia. Mianowicie jest w nim sporo czarnego humoru, który bierze górę nad mrokiem i tajemniczością. Powiedziałbym nawet (odkrywcze to nie będzie), że film jest dość kiczowaty. Pod tym względem przypomina dość mocno produkcje Tarantino. Dialogi, dobór muzyki oraz przeróżnych motywów przywodzą na myśl tytuły takie jak chociażby. „Pulp Fiction”. O ściągnięciu pomysłów przez Lyncha nie może być tu jednak mowy – Tarantino tworzył ładnych parę lat po „Dzikości serca”. Czyżby więc Quentin znalazł w „Dzikości serca” inspirację?

Być może, jednak to mało istotne. Ważniejsze jest, co z takiego połączenia mroku i kiczu wynika. Mieszanka ta, gdyby trafiła na złego reżysera mogła by zaowocować jakąś karykaturą filmu, której nie dało by się oglądać. Całe szczęście jednak, że David Lynch filmy robić umie. Aktorów dobrał świetnie – odtwórczyni głównej roli żeńskiej – Laura Dern – współpracowała z Lynchem nie po raz pierwszy i widać, że doskonale wie o co temu reżyserowi chodzi. Ja jednak dość sceptycznie podchodziłem do występu Nicolasa Cage’a, którego nie darzę zbytnią sympatią. Ale ku mojemu zdziwieniu był on w swojej roli kapitalny! W czym jak w czym, ale w kiczu potrafi odnaleźć się doskonale (żeby nie było – to jest pochwała).

I wszystko było by ładnie, pięknie, gdyby nie jeden mały szczegół, o którym wspomnieć muszę. Tak jak kiczowatość tego filmu traktuję bez wątpienia jako zaletę, tak co do brutalności którą on epatuje mam mieszane odczucia. Niby to nic dziwnego, szczególnie w dzisiejszych czasach, jednak coś w tym wszystkim było odpychającego. Może jeszcze na same krwawe sceny przymknąłbym oko, jednak często zaraz obok takich scen pojawiały się momenty ‘schizolskie’, czasem też dość mocno erotyczne. I właśnie w tych obrazach było coś odpychającego...

I to te kilka scen sprawiło, że z jednoznaczną oceną miałem spory problem. Niby połączenie Lyncha i Tarantino (moich dwóch ulubionych reżyserów) powinno zapewnić mi przyjemność z oglądania. Ale coś mi w tym wszystkim jednak zgrzytało. Te zgrzyty nie były jednak na tyle mocne, by zniechęcić mnie do tego filmu. I stąd moja ocena jest jak najbardziej pozytywna. Nie wiem komu ten film się spodoba, a komu nie. Wiem za to, że nikt z Was nie pozostanie w stosunku do niego obojętny.

__________

Recenzja dla http://kinomaniaki.com

sobota, 3 listopada 2007

Planet Terror

To zaczynamy - obiecana recenzja 'Grindhouse: Planet Terror'. Wszelkie uwagi mile widziane :)


tytuł oryginalny:

Planet Terror
gatunek:
akcja, horror, sci-fi
reżyseria:
Robert Rodriguez
scenariusz:
Robert Rodriguez
zdjęcia:
Robert Rodriguez
muzyka:
Graeme Revell, Robert Rodriguez, Carl Thiel
obsada:
Rose McGowan Rose McGowan Cherry
Freddy Rodríguez Freddy Rodríguez Wray
Michael Biehn Michael Biehn Szeryf Hague
Jeff Fahey Jeff Fahey J.T.
Josh Brolin Josh Brolin Dr William Block
Marley Shelton Marley Shelton Dr Dakota Block
od lat: 18
czas trwania: 105 minut
cena DVD: 24,90
moja ocena: 5/6


Na ten film wszyscy fani duetu Tarantino-Rodriguez czekali z niecierpliwością. Niecierpliwością tym większą, że pierwsza część Grindhouse’u (‘Death Proof’), pozwalała mieć nadzieję na coś równie mistrzowskiego. I chociaż ‘Planet Terror’ swojego filmu-bliźniaka nie przebija to i tak powinniśmy wyjść z kina zadowoleni.

Oczywiście nie ma co się nastawiać na coś podobnego do produkcji Tarantino. Fakt, obaj twórcy składają hołd kinu klasy D i bawią się nim, jednak robią to w zupełnie innym stylu. I zdaje się, że więcej zabawy w zabawie znajdziemy u Rodrigueza. Już sama fabuła igra z całą masą filmów o zombie (przede wszystkim z tymi, które mają „żywe trupy” w tytule). Oryginalnością więc nie grzeszy:

Oto w jednym z teksańskich, spokojnych miasteczek zaczyna dziać się coś niepokojącego - ludzie zgłaszają się do szpitala (tu akurat już wcześniej działy się dziwne rzeczy) z nietypowymi ranami. Jak się wkrótce okazuje rany te są wynikiem działania zombie, a każdy ugryziony po pewnym czasie przeobraża się potwora, chyba że wcześniej zostanie zjedzony. Jedyna nadzieja dla ludzkości w nielicznej grupce ocalałych z beznogą ex-tancerką go go – Cherry (Rose McGowan) i jej ex-chłopakiem Wray’em.

Cała masa ściągniętych z innych filmów rozwiązań nie powinna przeszkadzać, jeśli ktoś orientuje się trochę w kinie exploitation. Wie on wtedy, że nie o oryginalność tu chodzi. Fabuła jest tylko środkiem do zszokowania jak największą ilością krwi, flaków, mózgów i innych wnętrzności. I to udaje się Rodriguezowi kapitalnie. Co więcej epatuje on przemocą na tyle umiejętnie, że pomimo, iż niektóre sceny niejednokrotnie przekraczają granicę dobrego smaku film chce się oglądać, a same brutalne sceny są nawet w stanie dostarczyć nam sporo rozrywki, a nawet śmiechu.

Jednak gdyby film nie prezentował sobą nic innego, tylko bezmózgą (biorąc pod uwagę niektóre fragmenty filmu, określenie jak najbardziej trafione) jatkę, nie był by w stanie nawet zbliżyć się poziomem do ‘Death Proof’. A tak, poza anormalnie dużym nagromadzeniem kiczu i krwi na jedną klatkę mamy kilka niespodzianek.

Pierwszą z nich mogą być genialne wręcz dialogi. Do tej pory wydawać by się mogło, że niedoścignionym mistrzem w tej dziedzinie jest Quentin Tarantino. Po obejrzeniu ‘Grindhouse vol. 2’ możemy z całą pewnością stwierdzić, że Robert Rodriguez sporo się od swojego przyjaciela nauczył. I jeśli porównywać by ‘Death Proof’ i ‘Planet Terror’ pod tym względem, to ta druga produkcja swojego poprzednika deklasuje. Chociaż oczywiście do ‘Pulp Fiction’ jeszcze trochę brakuje

Warto podkreślić, że za świetnymi dialogami stoją też rewelacyjne sceny, z jeszcze lepszymi motywami. Kurtka Wray’a, termometr doktora William’a Block’a czy rozmaite ‘talenty’ potrafią nieźle rozbawić swoją absurdalnością. Dowcipów zresztą jest tu pełno, w dodatku podanych w przeróżnych formach, z groteską i czarnym humorem na czele. Widać, że Rodriguez musiał się świetnie bawić podczas kręcenia tego filmu.

Zresztą podobną frajdę z grania musieli mieć też aktorzy, tak się przynajmniej wydaje po obejrzeniu filmu. Nie znaczy to wcale, że zagrali źle – wręcz przeciwnie! Widać, że godziny spędzone na oglądaniu filmów klasy D sprawiły, że każdy wczuł się w swoją rolę znakomicie. I chociaż trudno tu kogoś konkretnie wyróżnić mi najbardziej w pamięci został Freddy Rodriguez jako Wray. Nie potrafię sobie wyobrazić, żeby ktoś zagrał jego postać jeszcze lepiej. Na ogromne wyróżnienie zasługuje też odtwórczyni roli Cherry - Rose McGowan. Narzeczona Roberta Rodrigueza z pewnością nie miała łatwego zadania – na planie musiała poruszać się ze specjalną konstrukcją, by później jej ruchy z karabinem-nogą były bardziej wiarygodne. I opłaciło się! W jej delikatnej nieporadności podczas przemieszczania się jest coś tak ujmującego, że aż się chce powiedzieć ‘I like the way you move’!

Poza wspomnianym duetem wyróżniłbym doktora Blocka, czyli Josha Brolina. Jego gra, szczególnie w szpitalnej części filmu, sprawia że zaczynamy doceniać naszą polską służbę zdrowia. Warto też zwrócić uwagę na jego filmowego synka – Tony’ego. W rzeczywistości jest on synem samego Roberta Rodrigueza, tak więc ostatnia scena z jego udziałem może szokować.

Ciut gorzej niż całość prezentuje się ścieżka dźwiękowa do tej produkcji. Jeśli rozpatrywać ją jako osobną płytę, do słuchania w domu nie ma się zbytnio czym zachwycać, poza rewelacyjnym głównym tematem muzycznym i ciekawą interpretacją piosenki „Too drunk to fuck” w wykonaniu Rose McGowan. Pozostałe utwory, w większości autorstwa reżysera, opierają się w dużej mierze na tym samym motywie. Podczas oglądania „Planet Terror” to jednak nie przeszkadza, ba, w zestawie z filmem ta muzyka wydaje się o wiele lepsza niż jest w rzeczywistości.

Jeszcze gorzej niż strona dźwiękowa prezentuje się strona wizualna. Z tym że to akurat duży plus, bo o to chodziło. Stylizacja taśmy na bardzo zużytą wyszła sto razy lepiej w drugiej części Grindhouse’u – jest zdecydowanie bardziej zniszczona, a w dodatku wiąże się z nią jeszcze jedna niespodzianka, ciekawsza niż zmiana kolorów na czarno-białe, czy nagłe zniknięcie fragmentu, które otrzymaliśmy w ‘Death Proof’.

Wielu z Was chciałoby zapewne wiedzieć, czy reżyserzy ‘Grindhouse’ pokusili się o jakieś dodatkowe smaczki, łączące ich produkcje. Otóż można się doszukać pewnych podobieństw, jednak nie ma ich zbyt wiele, a w dodatku trudno je przeoczyć.

I na koniec słów kilka o czymś co generalnie z ‘Planet Terror’ wspólnego ma niewiele, ale jednak leci bezpośrednio przed nim – zwiastunie ‘Machete’ (niestety otrzymujemy tylko jeden zwiastun, ale za to ten który jest ponoć najlepszy). Zapowiedź ta miała z założenia zachęcać do obejrzenia dzieła fikcyjnego, którego nie ma, nie było i nie będzie. Stało się tak, że ten krótki filmik wyszedł kapitalnie, a historia w nim opowiedziana jest na tyle dobra, że prawdopodobnie powstanie pełnometrażowy film na jego podstawie. Jeśli reżyserował by go Rodriguez moglibyśmy mieć pewność, że dostaniemy dzieło wybitne. Ale ktokolwiek stworzy ‘Machete’ trzeba to będzie zobaczyć.

Jak widać na „Planet Terror” wybrać się warto, a nawet trzeba. Pozycja ta, ze względu na projekt „Grindhouse”, niewątpliwie jest już kultowa. Niestety nie oznacza to, że każdemu przypadnie do gustu. Jednak jeśli ktoś jest w stanie pojąć dlaczego dzieło to ma tak makabryczny charakter i nie straszne są my żadne flaki, czy inne wnętrzności z kina powinien po seansie czuć się usatysfakcjonowany.

 

Premiera miesiąca:

Premiera miesiąca
Tytuł: 'Wszystko, co kocham'

premiera: 15.01.2010


gatunek: dramat

reżyseria: Jacek Borcuch

scenariusz: Jacek Borcuch

obsada: Olga Frycz, Andrzej Chyra, Mateusz Kościukiewicz, Katarzyna Herman