Od pewnego czasu nurtuje mnie jedno, niby proste pytanie - czy na prawdę trzeba skończyć dziennikarstwo, filmoznawstwo, czy inne kulturoznawstwo, by stać się krytykiem filmowym? Przecież mamy czasy takie, że wystarczy dostęp do Internetu, by wyrazić swoją opinię na temat filmu, z którą zapozna się przynajmniej mała grupka internautów. Pytanie jednak, czy taka osoba, która pisze recenzje dla siebie, tudzież dla jakiegokolwiek małego portalu (nie mówię tu o redaktorach z takich potentatów jak filmweb.pl czy stopklatka.pl) może nazwać się krytykiem? Niby tak, bo dlaczego nie?Pewną jednak wątpliwość zasiał we mnie Bartosz Żurawiecki swoim felietonie opublikowanym w czerwcowym numerze 'Filmu', w którym to wyraził zdanie, że owszem krytyków w dzisiejszych czasach może i jest pełno w Internecie, ale cóż to za krytycy, którzy w większości pisać nie umieją. I w pierwszej chwili przyznałem mu rację. Bo jeśli poczytać co niektóre recenzje użytkowników na filmwebie, czy też poszukać ich w innych miejscach, to faktycznie żal dupę ściska, na widok niektórych wypocin. Po pewnym jednak czasie przyszła głębsza refleksja - przecież nie wszyscy Internauci piszą tak beznadziejnie, a nie wszyscy krytycy gazetowi piszą tak wspaniale.
Tak więc przepraszam najmocniej, ale z całą pewnością nie jest mi potrzebne wyższe wykształcenie humanistyczne, by ładnie i zgrabnie wysłowić się na temat danego filmu. Albo ktoś umie pisać, albo nie, a gdzie będzie pisać to już jego sprawa. I martwi mnie tu niezwykle ograniczenie dzisiejszego dziennikarstwa filmowego. Bo szczerze mówiąc nie zauważam, aby w jakiejkolwiek gazecie ktoś wykorzystywał i traktował poważnie recenzje czytelników/blogerów/internautów. A te jakby nie było, niosą ze sobą niekiedy większą wartość niż te drukowane. Bo po pierwsze nie są w żaden sposób ograniczane, cenzurowane, czy też przycinane. Nikt nie zabroni mi skrytykować filmu, którym wszyscy się zachwycają. Przecież może mi się on nie podobać. A czytając recenzje w gazetach mam wrażenie, że albo krytycy mają podpisane jakieś umowy z dystrybutorami, albo po prostu na studiach uczą ich co pisać o filmach. Żebym nie był gołosłowny - przykłady z ostatnich dni - recenzja filmu 'Free Rainer' w dodatku 'Kultura' do 'Dziennika' autorstwa (cenionego przeze mnie) Wojciecha Kałużyńskiego i recenzja tego samego filmu w październikowym 'Filmie' Anity Zuchory są do siebie bliźniaczo podobne. No ludzie, wybaczcie, ale ja miałem wrażenie, jakbym czytał przeróbkę tej samej recenzji.
Inna sprawa, że śmiać mi się chce, gdy widzę jak oceniane są poszczególne filmy danych reżyserów. Znów sypnę przykładem z czasów najnowszych - dzieła braci Coen, cokolwiek by nie nakręcili 5 gwiazdek (na 6) muszą dostać. Z zachwytu trzeba piać i trzeba też znaleźć w tym głębszy sens. Jeśli jednak kto inny by zrobił ten sam film, to pewnie już by takich recenzji nie zebrał, a już na pewno na siłę by nikt nie szukał w nim wartości, których tam nie ma. Pod tym względem ta niedokształcona w większości, krytyka internetowa jest zdecydowanie wyżej, niż ograniczona (być może przez zbytnią wiedzę) krytyka gazetowa.
I tak się zastanawiam, czym recenzenckie słowo drukowane przewyższa słowo w Internecie publikowane? Szczerze mówiąc do głowy nie przychodzi mi zupełnie nic. Bo może i ci po wyższych szkołach humanistycznych mają na koncie większą ilość obejrzanych ważnych filmów, i znają więcej fachowych terminów, ale do tego szkoły nie potrzeba. Poza tym nic innego mi do głowy nie przychodzi.
Pewnie część z Was myśli sobie teraz, że czyta słowa jakiegoś frustrata, który chciał być krytykiem, pisać do jakiejś znanej gazety i mu nie wyszło. Częściowo to prawda, bo pisać do gazety kiedyś chciałem. To było moje marzenie na dalszą przyszłość, z tym że to było pół roku temu. Obecnie pisanie tutaj w pełni mi wystarcza, zresztą nie zaliczam siebie do grona osób, które piszą na tyle dobrze, by zasługiwać na drukowanie moich słów. Po co więc to wszystko piszę?
Głównie dlatego, żeby skłonić Was do refleksji i być może poznać wasze zdanie na ten temat. Bo niezmiernie mnie zastanawia, jaką przyszłość ma polska krytyka filmowa. Nie wątpię, że nadal będą się mogli nasi recenzenci wypowiadać w swoich gazetach, pytanie tylko, kto to będzie czytał? Bo mając do wyboru niepokorną opinię blogera i poprawną politycznie, wymuskaną opinię wydrukowaną ja wybieram blogera. I zastanawia mnie, czy naczelni wszelkiej maści pism kulturalnych przejrzą na oczy i zaczną współpracować z co lepszymi autorami tekstów w Internecie, czy pozostaną zamknięci, pozostając w przekonaniu, że jedyni prawdziwi krytycy są po kierunkach humanistycznych. Kto wyjdzie zwycięsko z tego pojedynku (o którym w sumie nikt nie myśli) czas pokaże. Przyszłość jednak moim zdaniem drzemie w blogach.
PS. Swoją drogą, z przyjemnością czytałbym blogi takich osób jak Łukasz Maciejewski, Bartosz Żurawiecki, czy Wojciech Kałużyński. I po cichu liczę, że kiedyś będzie mi to dane.